<<<ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ>>>
Rodzina
Gospodarstwo
Mój ojciec i matka ciężko pracowali, żeby wyżywić cztery osoby dorosłe i
dziesięcioro dzieci. Całe szczęście, że ojciec potrafił tak upra-wiać ziemię
nawozem naturalnym, że dawała względnie dobre plony. W Nowej Wsi żyło 79 gospodarzy.
Każdy miał swój własny dom oraz bu-dynki gospodarcze kryte słomianą strzechą.
Mój ojciec miał aż dwa domy, jeden po jednej stronie drogi, drugi po przeciwnej.
Pierwszy był już bardzo stary, jak się mówiło wówczas na “dwa końce”, to znaczy
zwrócony szczytem do drogi. Drugi dom był nowszy, postawiony frontem do drogi, z
oszklonym gankiem. Za tym drugim domem znajdował się dosyć duży sad z drzewami
owocowymi w czterech rzędach. Między drzewami rosły czerwone porzeczki i kilka krzaków
agrestu. Przy płocie z jednej strony posadzono śliwki węgierki, a na końcu sadu kilka
klonów, z których na wiosnę ściągano smaczny słodki sok do picia. Jeszcze dziś
pamiętam, jakie gatunki jabłek i gru-szek rodziły poszczególne drzewa. Były tam
antonówki, malinówki, re-netki, jabłka słodkie bez nazwy, szare, stołowe, aporty,
tulskie, papie-rówki, dębowiki (bardzo twarde i dające się przechować aż do wiosny),
oliwne, gruszki zimówki i cukrówki. Rosła też dzika jabłoń, rodząca co roku dosyć
duże kolorowe owoce, lecz nadająca się tylko do jedzenia po przemarznięciu na strychu.
Wczesne jabłka były zjadane przez gromad-kę głodomorów. Jabłka zimowe ojciec woził
furą na sprzedaż aż do Wilna, odległego o 50 km od naszej wsi. Drzewa rodziły
przeważnie co drugi rok i dlatego w latach bezowocowych robiliśmy wyprawy całą zgrają
dzieci do sadów majątkowych.
Przed domem, za którym znajdował się sad, istniał ogródek kwia-towy, pielęgnowany
przez dziewczęta. Rosła też lipa, która nadawała się na łapcie do chodzenia. Znane
było wówczas powiedzenie: “Wlazł na lipę boso, a zlazł w łapciach”.
Las majątkowy i małe laski należące do wsi oraz miejscowego księdza dostarczały nam
poziomek, czarnych jagód, brusznic, żurawin, grzybów, takich jak: borowiki, lisiczki, a
nawet rydze oraz gruzdy, na-ukowo zwane chrząszczami.
Zbieraniem runa leśnego najbardziej zainteresowany był mój star-szy brat, Józek, oraz
prawie wszystkie starsze siostry. Matka również bardzo lubiła zbierać jagody, jednak
mogła to czynić tylko w niedzielę po nabożeństwie. W przyszłości okaże się, że
największym zapaleńcem zbieractwa będę ja sam.
Nauka
Cała nasza ósemka chowała się pomyślnie. Wercia, Franek, Julia i Ignaś już
uczęszczali do rosyjskiej szkoły powszechnej, znajdującej się o 150 m od naszego domu.
Józek, Jadzia, Julek i ja, w pieluchach, dora-staliśmy do wieku szkolnego. Nie było
wówczas ustawy zobowiązującej rodziców do posyłania dzieci na naukę w szkole, bowiem
carowi nie za-leżało, aby ludzie kończyli szkoły i stawali się coraz mądrzejsi.
Toteż z dziesięciorga rodzeństwa 7 klas szkoły powszechnej do roku 1925 ukoń-czyła
tylko trójka, a w końcu lat dwudziestych ja sam oraz młodsza sio-stra Gienia. Dwie
najstarsze siostry skończyły kształcenie na poziomie klasy czwartej, opanowując
sztukę czytania, niezbyt poprawnego pisania i, jako tako, tabliczkę mnożenia z
dodawaniem i odejmowaniem. Brat Ignaś, zabijaka i awanturnik, i Janek, jeszcze lepszy
łobuz od Ignasia, ukończyli tylko pięć klas. Julek został zwerbowany w wieku dwunastu
lat do wojskowej orkiestry w 86 Pułku Piechoty w Mołodecznie. Ukoń-czył szkołę
powszechną w wojsku.
Co było najważniejszym powodem tego, że piątka z dziesięciorga rodzeństwa nie
ukończyła siedmiu klas? Do nauki trudno było zapędzić. Ojciec umiał czytać i
pisać, a matka, jako półanalfabetka, mogła tylko odczytać modlitwy z książeczki do
nabożeństwa. Któż więc miał zachę-cić do nauki i pomóc mniej zdolnym? Zresztą, w
tamtych czasach każde ręce, nawet dziecięce, były potrzebne do pracy w obejściu, w
polu, na pastwisku.
Praca dzieci
Chłopcy, którzy ukończyli sześć, siedem lat, a czasami i dziew-częta, byli
wyznaczani, kiedy nadeszła kolejka, do pomocy pastuchowi. Ten codziennie o wschodzie
słońca przychodził na początek wsi i trąbił, dmuchając ile sił w piersi, w długą
trąbitę, wykonaną z kory. Jeśli tako-wej nie posiadał, trzaskał z bata i krzyczał:
“Hej! ganiaj, ganiaj!”. Na ten sygnał wszyscy gospodarze wypędzali krowy na drogę, a
pastuch kiero-wał je przy pomocy pastuszków przez całą wieś na pastwisko znajdujące
się na końcu wsi.
Mój ojciec posiadał przeważnie cztery dojne krowy, za pasienie których trzeba było
zapłacić pastuchowi żytem. Oprócz tego należało dawać przez cztery dni pastuszka
lub pastuszkę, przenocować go w do-mu, na strychu lub w stodole na sianie, zapewniając
całodzienne wyży-wienie. Pasanie krów dla małych dzieci było niezbyt przyjemne,
czasami uciążliwe, szczególnie wczesną wiosną, kiedy po zimnej nocy trawę po-krywał
biały szron. Wtedy jedynym sposobem na ogrzanie bosych nóg było polanie ich moczem,
który ratował niejednokrotnie przed przezię-bieniem. Podczas długich i upalnych dni
krowy przepędzano do wsi na południowy udój. Następowała dwugodzinna przerwa, w
czasie której można było odpocząć na pachnącym świeżym sianie. Zdarzało się
nie-raz, że matka nie mogła odnaleźć mnie w stodole. Udawałem głuchego i nie
zwracałem uwagi na głośne wołania, sądząc, że młodszy brat lub sio-stra zastąpi
mnie w popołudniowym pasieniu bydła.
Chłopcy byli też zatrudniani przy doglądaniu świń, na polu do grabienia siana i
układania go w kopy. Podczas żniw ustawialiśmy snopy żyta po 10 w “kuczki”,
pokrywane ostatnim snopem niby czapą. Najbar-dziej lubiłem pracę przy sianie, ponieważ
skóra u nóg nie odczuwała ukłuć. Nie znosiłem natomiast stawiania koniczyny, żyta i
innych zbóż, gdyż bose nogi zawsze były podrapane aż do krwi, co sprawiało dotkli-wy
ból.
Ubóstwiałem zwożenie siana, zwłaszcza z dalekich łąk. Po zała-dowaniu pełnej fury,
prawdziwą przyjemność sprawiało ułożenie się wy-soko na stercie wysuszonej i
pachnącej trawy. Patrzyłem wtedy w niebo, słuchając śpiewu ptaków i cykania koników
polnych. Cięższą pracą było układanie siana w sąsieku lecz znosiłem to bez
przykrości.
Chłopcy byli przyuczani też do bronowania, sprężynowania, ora-nia, koszenia i kopania
ziemniaków. Z tych czynności nie nauczyłem się jedynie najcięższych, tj. orania i
władania kosą.
Do zrywania jabłek w sadzie nie potrzebował mnie nikt zachęcać. Całymi godzinami
mogłem to robić, nie odczuwając przemęczenia, a po-tem znosić jabłka w koszach do
spichlerza, po drugiej stronie ulicy. La-tem, z soboty na niedzielę, starsi chłopcy
siadali okrakiem na konie i je-chali na pastwisko pod niewielkim lasem i tam, spętawszy
koniom przednie nogi, układali się przy ognisku do snu, okryci kożuchami, z no-gami
skierowanymi w stronę ognia.
Zawsze jeden z nas czuwał nad bezpieczeństwem pasących się zwierząt, których życiu
zagrażały wilki z większego lasu. Sam też bra-łem udział w takim nocnym czuwaniu,
chociaż obawiałem się koni, któ-re czasami potrafiły ugryźć lub kopnąć
podchodzącego tylnymi nogami.
Przygoda pociągała, więc ryzykowałem, aby ją przeżyć.
Dom
Muszę teraz powrócić do opisania warunków, w jakich żyliśmy podczas zimy. Cztery
okna dubeltowe w jednej izbie, zabezpieczone lnianymi pakułami, nie przepuszczały zimna.
Przy oknach od ulicy stał duży stół i dwie ławy oraz kilka taboretów. Obok drzwi
wejściowych do sieni znajdował się wielki piec do pieczenia razowego chleba, a przy nim
drugi do ogrzewania. Przy dłuższej ścianie, naprzeciwko okien od ulicy, stały dwa
drewniane łóżka wymoszczone słomą i przykryte lnia-nymi prześcieradłami, a w dzień
kolorowymi dywanami z kilkoma wy-soko ułożonymi, jedna na drugiej, poduszkami.
Służyły one do spania ośmiu osobom. Ktoś może zapytać, w jaki sposób może
zmieścić się osiem osób na dwóch łóżkach? Otóż muszę stwierdzić, że jest to
możli-we. Na jednym łóżku spał ojciec z matką i dwójką dzieci w nogach, na drugim
zaś czwórka dzieci.
Ciotka Antonina i wzięta na dożywocie staruszka miały swoje miejsce na chlebowym piecu.
Pod piecem podczas zimy znajdował się kurnik. Potem, od wiosny, kury gnieździły się w
podwórkowym kurniku.
Czwórka najstarszych, dwie siostry i dwóch braci, w izbie po dru-giej stronie sieni. Tam
pod podłogą jest piwnica na ziemniaki i trochę ciągnie zimnem lecz jeśli siostry i
bracia ułożą się po dwoje, okrywając się kożuchami, to nie zmarzną. Muszą dobrze
napalić drzewem brzozo-wym w piecu, a wtedy mogą zrzucić kożuchy, a przykryć się
dywanami, których dobra mama natkała własnoręcznie na krosnach stojących przez całą
zimę w izbie od ulicy.
A gdzie śpi niemowlak opisujący swoje dzieje? Naturalnie w ko-łysce w kształcie niecki
uczepionej do sufitu.
W pierwszej izbie pokrytej drewnianą podłogą oczyszczoną dwa razy do roku, przed
największymi świętami żelazną łopatą jest niezbyt czysto.
Na bosaka
Wszystkie małe dzieci całą zimę chodzą w domu na bosaka. Star-sze dziewczęta mają
coś na nogach, chłopcy noszą drewniaki, zwane chandałami. Ojciec ma buty z cholewami
lecz wkłada je tylko w niedzie-le i święta, gdy idzie do kościoła. W domu znajduje
się parę wojłoków, zwanych po rosyjsku walonkami. Matka ma jakieś kamasze czy
panto-fle, ale najczęściej do dojenia krów i karmienia świń chodzi w czarnych
wojłokach z kaloszami.
Rodzice nie posiadają dość pieniędzy aby całą dziesiątkę dziecia-ków ubrać,
obuć i nakarmić jak należy. Całe szczęście, że wszyscy za-hartowani – prawie nigdy
nie chorują. Chłopcy potrafią wyskoczyć z chaty i na bosaka przebiec 100 m po
zaśnieżonej drodze, nie zaziębiając się. Do studni w środku podwórka też czasami
wyskakują bez butów i przynoszą wiadro wody. Kilka razy w ciągu dnia dzieci biegają
na po-dwórko, żeby załatwić swoje naturalne potrzeby. Z tyłu domu, a raczej chaty,
znajduje się pokryta strzechą tzw. podpowiatka, gdzie zimą stoją sanie, a podczas lata
wóz drabiniasty. To właśnie miejsce, a jest ich w obejściu kilka, służy jako
wychodek, albo inaczej mówiąc ubikacja, któ-rej ojciec nie wybudował. Sam zaradny i
sprytny, nie może jednak wszystkiemu podołać.
Jak ta spora gromadka (piszę na razie o ośmiorgu żyjących przed wybuchem I wojny
światowej) jest ubrana i jak się odżywia i bawi? Mali chłopcy do czterech lat chodzą
w sukienkach, tak jak dziewczęta. Potem wkładają samodziałowe spodnie uszyte z
materiału utkanego przez mat-kę z dwu lub trzykolorowych nici wełnianych i lnianych.
Starsze dziew-częta i chłopcy nie chcą chodzić w samodziałach, toteż matka musi
ku-pować u Żyda sporo materiału na sukienki i spodnie oraz marynarki i szyć z niego u
krawcowej i krawca sukienki oraz ubrania dla chłopców. Dla dziewcząt na głowy
wystarczą chustki, ale chłopcom należy kupić czapki, bo moda chodzenia bez nakrycia
głowy jeszcze nie nadeszła.
Zdrowa żywność
A czym się to bractwo karmi? Rano na śniadanie dostaje się jakąś zupę mleczną z
kluskami kartoflanymi, jęczmiennymi krupami, kaszą gryczaną, manną (z tą rzadko,
ponieważ trzeba ją kupić w sklepie). Czę-sto matka musi zadowolić swe pociechy
kartoflanką. Do każdej zupy dodaje się kawałek razowego chleba, toteż dzieci chętnie
się nim opy-chają.
W niedzielę na śniadanie obowiązkowo musiały być smakowite bliny, a matka umiała ich
wypiekać kilka rodzajów. Z tartych ziemnia-ków smażyła zwane po wileńsku
“ołatki”, a po polsku – placki ziemnia-czane. Z mąki jęczmiennej robiła bliny tzw.
przywarkowe, z ciasta przy-gotowanego do pieczenia chleba bliny kwaśne,. z krwi po
zabiciu świ-niaka, zmieszanej z mąką – krwawe. A piekło się je w piecu chlebowym na
dwóch patelniach, bez uchwytów, opartych z jednej strony na spe-cjalnie do tego
przygotowanej cegle. Płomień idący z pieca do komina przypiekał ciasto z góry, z
dołu – żarzący się węgiel drzewny. Gotowe placki lub bliny zdejmowało się z
patelni drewnianą łopatką. Potem na-kładało się nową porcję do pieczenia.
A z czym się to jadło, żeby bardziej smakowało? Można było jeść ze śmietaną,
łojem baranim (ale wtedy musiały być spożywane na gorą-co, aby łój mógł się
roztopić przy smarowaniu). Często matka przyrzą-dzała do bulionów “wiereszczakę”
(nazwa litewska). Potrzebna był do niej mąka pszenna, tłuszcz, skwarki, woda i trochę
mleka. Dużą miskę z tym przysmakiem stawiała na środku stołu. Zebrana rodzina
sięgała rę-kami po bliny i zrobiwszy rynienkę z części blina, czerpała smaczną i
pożywną przyprawę. Małe dzieci stawały przy większym taborecie i tam spożywały
swoją porcję jedzenia, aby nie przeszkadzać starszym i doro-słym.
Niech nikt jednak nie sądzi, że do śniadań w niedziele lub inne święto można było
zasiąść bez odśpiewania godzinek! Ciotka Antonina – tercjarka, uczęszczająca
codziennie do pobliskiego kościoła, zawsze dopilnowała, żeby gremialne śpiewanie
wychwalające Matkę Boską od-bywało się wg ustalonego ceremoniału. Chłopak lub
dziewczyna dobrze umiejąca czytać brała do ręki “kantyczkę” (książka do
nabożeństwa) i śledziła, aby nie pomylono się w rozpoczynaniu poszczególnych
hym-nów. Jeśli ktoś w tym czasie był zatrudniony przy dojeniu krów i kar-mieniu
trzody chlewnej, to po przyjściu do mieszkania włączał się do chóru i pomagał
kończyć świąteczne śpiewanie. Wszyscy w naszej ro-dzinie, zarówno dorośli, jak i
młodzi oraz dzieci mieli dobry słuch, a zwerbowany w dwunastym roku życia do wojskowej
orkiestry Julek – idealny. Po tej ceremonii zgłodniałe towarzystwo zasiadało do
pożerania wspaniałych, jak na owe czasy, wileńskich blinów, którymi w niedzielę
zajadała się cała wieś, choć może żyli i tacy gospodarze, których stać było na
posmarowanie ich masłem, zamiast baraniego łoju.
Na kolację były ziemniaki. Matka lub starsze siostry gotowały sa-gan (inaczej żeliwny
garnek) obranych, a nie w mundurkach, kartofli i wysypywały je na lniany z grubego
płótna “skaracz” (to było coś w ro-dzaju obrusa). Cała rodzina siadała do stołu i
znowu, jak podczas obia-du, brała rękami kartofle, a drewnianymi łyżkami czerpała
zsiadłe mleko lub chłodnik z jednej miski.
Często do kartofli dostawaliśmy kiszone ogórki, czy też kawałek słonego, spłukanego
lekko wodą śledzia. Kto się spóźnił na kolację, czę-sto na stole nie znajdował
ani jednego ziemniaka. Żarłoki wszystko zja-dły. Pozostawało mu tylko zapłakać,
wziąć kubek do ręki i poszukać słodkiego mleka, które przechowywano w szafie
stojącej w sieni. Kubek mleka i duża pajda razowego chleba musiały wystarczyć
spóźnionemu na kolację.
Niedzielne rozrywki
Najedzona dzieciarnia, ta młodsza, bujała się na huśtawce ucze-pionej do belki
sufitowej, potem bawiła się w piłkę, rzucając nią o ścianę lub piec. Następnie
zabierała się do zabawy w kamienie. Zabawa ta po-legała na zręcznym podjęciu jedną
ręką rozrzuconych na podłodze 5 kamyków. Najpierw rozsypane kamyki chwytało się po
jednym, następ-nie po dwa, trzy, cztery i na końcu pięć. Kto popełnił błąd,
tracił kolejkę i zmuszony był do czekania do następnej. Wygrywał ten, kto pierwszy
bez błędu zdołał zebrać wszystkie kamyki.
Gra w klasy, nie wymagająca oprócz szkiełka i kredy żadnych in-nych przyborów,
stanowiła też ulubioną zabawę. Zimą, często tym star-szym, posiadającym lepsze
obuwie, udawało się pojeździć z górki na sankach z innymi kolegami. Nieraz też, gdy
zapadł zmrok, spryciarze wyciągali po kryjomu z podpowiatki duże sanie i przy
księżycu zjeżdżali z góry od połowy wsi aż do szkoły. Nie można było
hałasować, bo oj-ciec mógł usłyszeć i sprawić synalkom za nielegalne wyciągnięcie
sań porządne lanie. Najczęściej jednak to przestępstwo uchodziło nam bez-karnie.
Rozrywki umysłowe
Wieczorem, po kolacji, ulubioną przez nas i dzieci sąsiadów roz-rywkę stanowiło
słuchanie bajek. Siedząc na ciepłym chlebowym piecu, mogliśmy ich słuchać godzinami.
Niektóre starsze dziewczęta umiały je pięknie i barwnie opowiadać, czasami po polsku,
bardzo często po biało-rusku, a nawet rosyjsku, bo te języki były nam znane.
Oświetlona świa-tłem naftowej lampy lub świecy izba nadawała nastrojowej atmosfery.
Kiedy zabrakło nafty i świecy, zapalaliśmy smolne łuczywo, wetknięte w ścianę.
Często też śpiewaliśmy polskie, białoruskie i rosyjskie piosen-ki, a słowa ich i
melodie jeszcze dziś, jako osiemdziesięciotrzyletni sta-rzec, potrafię zaśpiewać.
Pamiętam też wszystkie wyliczanki stosowane przy zabawie w chowanego. Oto parę z nich,
po polsku i rosyjsku:
“Eni meni dyki paki, sorba torba ency smaki
Eus deus kosmateus stara baba ty” – czyż to nie piękna polszczy-zna?
A druga wyliczanka po rosyjsku:
“Szła targowka mimo rynku
Nastupiła na karzinku,
W etoj maleńkoj karzinkie
Jest pomady i duchi
Lenta kroża wa bacinki
Czto ugodna dla duszy.
I kto potrrafi zarzucić, że to nie ruski język?
Z higieną na bakier
Cała rodzina, zimą żyjąca w jednej izbie, była zawszona. W tam-tych czasach nie było
żadnych skutecznych środków na tę plagę. Ojciec, posiadając maszynkę do
strzyżenia, aby nie dopuścić do zawszawienia, obcinał włosy chłopcom do gołej
skóry. Dziewczęta nosiły długie włosy. Zawsze był u nas gęsty grzebień, służący
tylko do wyczesywania insek-tów z głowy. Od czasu do czasu matka smarowała głowy
naftą, lecz nie na długo to zapobiegało mnożeniu się tego paskudztwa. Matka brała
czasami chłopców na kolana i znalazłszy gnidę lub wesz, rozciskała ją nożem. A ile
tego gnieździło się w bieliźnie lub łóżkach, albo na piecu w łachach tam
porzuconych, w kożuchach i innych okryciach!
Tak tragiczną sytuację ratowały tylko łaźnie fińskie, zwane z ro-syjska “baniami”.
Takich łaźni pobudowano w naszej wsi aż pięć. Odda-lone były od zabudowań
gospodarczych o około 100 m. Nasza, najnow-sza, urządzona jak na owe czasy luksusowa,
posiadała rozbieralnię wy-słaną słomą, przy ścianach ławki. W drugiej części
znajdował się piec do nagrzewania wody i duży kocioł z rurą doprowadzającą wodę.
Nagrzana aż do wrzenia gorąca woda wypływała z kotła, a stamtąd dochodziła zimna.
Trwało to parę godzin, aż do zupełnego wrzenia wody w całym kotle. Wówczas można
było rozpoczynać kąpiel. We wnęce nad paleni-skiem znajdowała się kupa kamieni,
które rozgrzewały się aż do czer-woności. Żerdzie umocowane pod sufitem służyły
do zawieszania za-wszonej bielizny, ubrań i kożuchów. Podłoga z czystych desek i trzy
długie i szerokie ławy, umieszczone jak schody prowadzące pod sufit, były miejscem do
osmagiwania się brzozowymi miotełkami z liśćmi. Zimna woda w dużym cebrze, stojąca
obok kotła z wrzątkiem, służyła do rozcieńczania gorącej.
Pierwsze zaczynały kąpiel kobiety, przyprowadzające ze sobą dziewczęta oraz małych
chłopców. Przynosiły kożuchy i inną garderobę do odwszenia, wieszając ją razem z
bielizną i ubraniami na wspomnia-nych już żerdziach pod sufitem. Po zakończeniu tej
czynności jedna z nich, najsprytniejsza, chwytała szufelkę i nabrawszy wody wylewała
ją na kamienie nad piecem, a sama schylona uciekała w bok, aby nie opa-rzyła jej para
wydobywająca się z pieca. Tę czynność powtarzała kilka-krotnie, aż w najwyższej
ławie trudno było wytrzymać od gorąca. Wów-czas kobiety, te najbardziej odważne i
wytrzymałe, wchodziły na naj-wyższą ławę, zwaną “wyszkami”. Mniej odważne
lokowały się na środ-kowej. Potem chłostały się “wienikami”, czyli miotełkami.
Dzieciarnia siedziała na podłodze, bo gorąco tak całkiem tu nie dokuczało. Kiedy
kobiety wyparzyły się i wychłostały, schodziły z “wyszek” i po nabraniu do wiadra
gorącej wody i rozcieńczeniu jej z zimną, siedząc na klęcz-kach lub na podłodze,
namydlały ciała swych pociech. usuwając brud nagromadzony w ciągu tygodnia. Kąpiel
kobiet trwała pół godziny. Po namydleniu, wyszorowaniu “irchożkami” i spłukaniu
czystą wodą zabie-rały z wyszek bieliznę, ubrania oraz kożuchy, w których wszystkie
żywe insekty zostały uśmiercone ponad stustopniową parą wodną. Wychodzi-ły do
zimnej przebieralni i szybko się ubrawszy, okutane szalikami i du-żymi chustami, prawie
biegiem udawały się z dziewczętami i najmłod-szą dzieciarnią do swych chat,
oddalonych o 100 do 300 metrów.
Męska kąpiel odbywała się podobnie, tylko mężczyźni osmagiwa-li się miotełkami
dłużej i kilkakrotnie więcej dodawali “duchu”, czyli gorącej pary, aby się mocniej
wypocić i dokładniej zmyć brud ze swoich ciał.
Po zabraniu z wyszek wszystkiego, co przynieśli do odwszenia, szybko się ubierali i
pędzili do domów na przygotowaną przez żonę ko-lację, złożoną przeważnie z
ziemniaków i innych dodatków wspomnia-nych przeze mnie w opisie kolacji mojej rodziny.
Wojna
Pierwsza wojna światowa wybuchła 1 sierpnia 1914 r. Mam już prawie 8 miesięcy i rosnę
jak na drożdżach. Nie krępowany powijakami mogę fikać nogami i ruszać swobodnie
rękami. Próbuję już raczkować po brudnej podłodze, a nawet siadać. Często
przebywam w drewnianym stojaku, zaprawiając dolne kończyny do stania. Kiedy grymaszę,
sio-strzyczki, nawet o tym nie wiedzące, że mnie narkotyzują, podają w lnianej
szmatce, wkładanej do ust, mak. Położony do kołyski natych-miast zasypiam, a one
zadowolone mogą zająć się zabawą.
Wojna całkiem zmienia tok naszego życia. Ojciec ma duże trud-ności z zakupem takich
towarów, jak: sól, nafta, świece i szczególnie ulubione przez nas wszystkich śledzie,
mięso wieprzowe lub wołowe, którego po kawałku wydziela się nam tylko w niedzielę.
Inne produkty żywnościowe, jak: mąka żytnia, jęczmienna, kasza gryczana, ziemniaki,
cebula, czerwone buraki, mak, ziarno lniane do produkcji oleju sposobem domowym, kapusta,
ogórki, marchew – mamy w ogrodzie i w polu. Jeśli pogoda sprzyja, mamy tego dostatek, a
jeśli nie – to brakuje, bo niezbyt urodzajna ziemia daje średnie plony. Upra-wiano ją
sposobem trójpolowym. Jedna trzecia powierzchni uprawnej co trzy lata leżała odłogiem,
ze względu na brak nawozu naturalnego. O sztucznym nikt wtedy jeszcze nie słyszał.
Niemcy ciągną na wschód i muszą wybudować dwukilometrowy pas drogi biegnącej przez
podmokły teren. Zapędzają do pracy miejsco-wą ludność. Również do wycinania lasu.
Z bali drzewnych, ułożonych obok siebie, powstaje “dieriewiannaja daroha” (drewniana
droga), po której jadą na wschód ciężkie wozy oraz armaty. Droga ta przetrwała
jeszcze kilkanaście lat po wonie, zanim nie usunięto zgniłych już bali i po
nawiezieniu żwiru i piasku powstała bita nawierzchnia.
Po przyjściu Niemców matka tydzień przesiedziała z mniejszym rodzeństwem w
majątkowej piwnicy, odległej od nas o kilometr. Miej-scowi gospodarze musieli
dostarczać administracji niemieckiej wyzna-czony kontygent żywności. Żadna wywózka
ludności nie nastąpiła. Na zabicie świniaka, cielaka lub owcy należało uzyskać
pozwolenie gminy, nadzorowanej przez władze niemieckie, w przeciwnym razie groziła ka-ra
pieniężna lub areszt.
Zabijało się wieprza na święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc, a czasem w okresie
letnim lub jesiennym, kiedy mężczyźni zmuszeni do ciężkiej pracy potrzebowali
lepszego odżywania. Wędzone szynki, kieł-basy, boczek, sadło, polędwice wisiały w
spichrzu pod samym strychem. Musiały wystarczyć na długie miesiące, pilnie strzeżone
przez rodziców, aby ktoś z dzieciarni nie zakradł się i nie urządził sobie uczty.
Zaraz po zabiciu świniaka rozkoszowaliśmy się smakiem mózgu, płuc, wątroby, nerek,
kiszek napełnianych tartymi kartoflami, z kaszy gryczanej zmieszanej z krwią. Podczas
zimy uczta taka trwała ponad ty-dzień, a latem trzeba było skonsumować te smakołyki
szybko, w ciągu paru dni, ze względu na upał. Zaczynało się znowu życie normalne,
pod-czas którego podstawę żywności stanowiły ziemniaki, chleb żytni razo-wy
wypiekany przez matkę raz na tydzień, mleko oraz wspomniane już płody, zebrane z
ogrodu i pól.
Jajka kurze, choć i były, jadało się rzadko, bo sprzedawała je matka na rynku, żeby
kupić sól, naftę i śledzie. Nieraz przynosiła też z rynku bochenek chleba pytlowego,
smakującego inaczej niż razowy. Wtedy dostawszy po kawałku takiego przysmaku
natychmiast pożerali-śmy go w okamgnieniu bez smarowania. A cóż to była za uciecha,
jeśli czasami matka kupiła nam pszenną bułkę, albo wianuszek obwarzan-ków!
Takich gospodarzy jak mój ojciec, posiadających 13 dziesięcin ziemi, żyło we wsi
jeszcze trzech, lecz ojciec był uważany za najlepsze-go. Reszta miała po pół tego,
czyli 6,5 dziesięciny, jedną trzecią, jedną czwartą, a był i taki, który
gospodarował na 1/8. U takiego gospodarza żona wychodząca do żniw zrzynała jednym
pociągnięciem sierpa cały zagon, gdyż był bardzo wąski.
Na naszej ziemi, na końcu wsi, w lichej chacie zbudowanej przez naszego ojca mieszkał
tzw. “komornik”, który nie posiadał nawet wła-snego kawałka ziemi do uprawy, a tylko
mały ogródek warzywny, a za-trudniał się do pracy u bogatszych gospodarzy. Zagony
wiejskie, naj-szersze u takich gospodarzy jak ojciec, mające około 20 metrów,
rozcią-gały się na przestrzeni kilometra i były oddzielone od siebie miedzami. Tam
swoje legowiska miały zające a gniazda skowronki, kuropatwy, przepiórki. Rosła na nich
trawa i inne zielsko, szczaw zbierany chętnie na zupę szczawiową. Pierwszy zagon po obu
stronach drogi położony był przy zabudowaniach gospodarskich, drugi na końcu wioski, a
trzeci o mniej więcej kilometr dalej.
Bieda z nędzą panowała u tych, którzy posiadali po trzy lub cztery dziesięciny, nie
trzymali konia i mieli sporą gromadkę dzieci. Takich na przednówku czekał głód,
więc zadłużali się u bogatszych, a potem mu-sieli to zadłużenie odrabiać pracą.
Żebracy prawie codziennie wędrowali od chaty do chaty, prosząc o wsparcie. Dostawali
najczęściej spory kawał chleba razowego, coś z jarzyn lub miskę południowej zupy, o
ile byli bardzo głodni. Gdy mieli więcej szczęścia i trafili na świniobicie,
obdarzano ich kawałkiem mięsa lub słonicy.
Ponieważ byłem ogromnie uczulony na ludzką biedę, płakałem rzewnymi łzami, gdy
żebraczkę odprawiano bez wspomożenia. U nas zdarzało się to bardzo rzadko, chyba, że
panował kryzys i sami nie mie-liśmy nawet chleba.
Ciężki był żywot, zwłaszcza tych najbiedniejszych, lecz mimo to ludzie potrafili
weselić się, śpiewać i bawić, szczególnie podczas żniw i obrzędów weselnych
trwających przez cztery dni (o tym napiszę dokład-nie w dalszym ciągu moich wspomnień
z lat dziecinnych).
Wojna światowa powoli zbliżała się do końca. Kiedy nastąpiła kapitulacja Niemiec,
ukończyłem 4 lata i 8 miesięcy. Pamiętam nawet, jak wyglądali niemieccy żołnierze w
czapkach bez daszków. Gdy wyco-fywali się z frontu rosyjskiego, pod jednym z
samochodów, wiozących broń i amunicję, załamał się drewniany most na wąskiej
rzeczce prze-pływającej przez nasze łąki. Niemcy wyrzucili karabiny i amunicję w
skrzynkach do wody, a sami, wydostawszy się z płytkiej rzeki, uciekli samochodem. Cała
wieś zaopatrzyła się wówczas w karabiny i amunicję do nich. Starsi chłopcy z
nabojów bez pocisków sporządzali rakiety, któ-re rzucali w powietrze, i tam – wybuch.
Dziwnym zbiegiem okoliczności przez szereg lat nikomu nic się nie stało. Starsi
używali czasem karabi-nów do polowania, lecz nie pamiętam, żeby ktoś ustrzelił
dzika, wilka, sarnę czy zająca. Jeden natomiast kilka lat po wojnie zabił swego brata,
zwabiwszy go do lasu, i za to został skazany na 10 lat więzienia.
Moi bracia również zdobyli karabin. Pewnego dnia, manipulując nim przy oknie starej
chaty, przestrzelili ścianę od ulicy. Innym razem skazali na śmierć kota szkodnika, z
którym matka nie mogła sobie pora-dzić, bowiem zamiast łapać myszy, ciągle
wyrządzał szkody w domu. Spijał śmietanę, a przy tym strącał zawsze gliniany
dzbanek na ziemię. Często też np. porywał kawałek mięsa przygotowany do obiadu. Jak
długo można było to znosić? Bracia za zgodą ojca i matki postanowili rozstrzelać
niepoprawnego szkodnika. Załadowawszy karabin wyszli na podwórze. Z dala od domu,
niedaleko stodoły, dokonali egzekucji. Jeden trzymał uwiązanego na sznurku kota, a
drugi, przytknąwszy lufę w oko-lice serca, wystrzelił tylko raz. Po egzekucji chłopcy
przynieśli zwłoki, aby pokazać reszcie rodziny nieżyjącego szkodnika. Wyskoczyłem z
sieni pierwszy, a widząc to odwróciłem się i chciałem wejść do izby. Tymczasem
zwierzak (koty są bardzo żywotne, a mówiąc z białoruska – żywuszcze) w ostatnim
stadium dogorywania chwycił pazurami za moją bluzkę i zakończył swój żywot. Bracia
z trudem wyzwolili mnie z ko-cich pazurów. Zwłoki kota pochowano nazajutrz w ogrodzie za
stodołą.
Po paru latach dopiero wyszło zarządzenie nakazujące zdawanie na posterunek policji
nieprawnie przetrzymywanej broni. Większość mieszkańców respektowała to
zarządzenie, lecz byli i tacy, którzy w dal-szym ciągu korzystali z ukrytej w pewnych
miejscach broni palnej.
Kiedy Niemcy opuścili naszą wieś i okolice, dorośli rzucili się do zwalania
wszystkich słupów linii telefonicznej prowadzącej z urzędu pocztowego w Wornianach
przez miasteczko Ostrowiec do stacji kole-jowej Gudogaj, leżącej na trasie Wilno - Nowa
Wilejka - Mołodeczno - Stara Wilejka, aż do granicy z Republiką Sowiecką. Pozwijane
druty za-brali do swoich gospodarstw. Dlaczego zniszczyli linię telefoniczną – nie
wiedziałem i do dziś nie wiem, gdyż jako prawie pięcioletni brzdąc nie interesowałem
się tym.
W dwa lata później ruszyli na Warszawę Bolszewicy. Przecho-dząc przez wieś ciągle
pytali: “Daleko Warszawa?”, a myśmy im odpo-wiadali: “O tam, za garoj”. Cieszyli się
bardzo, że tak blisko, a tymcza-sem do Wilna było jeszcze 50 km, przeliczając na
rosyjskie wiorsty tro-chę mniej, bo wiorsta miała długość większą od kilometra. Od
Wilna do Warszawy pozostawało im do przebycia dokładnie 438 km. Tyle wyno-siła
długość trasy kolejowej, a drogami – o wiele więcej. Zdarzało się, że rekwirowali
we wsi “podwody”, tj. konie z furmankami. Gospodarze, aby nie utracić cennego konia,
jechali z nimi jako woźnice. Niektórym z nich udawało się zbiec nocą podczas postoju
i wtedy wracali do rodzin-nych stron wcześniej. Mniej sprytni wracali po dłuższym
czasie, aż spod Grodna.
Przez jakiś czas jeden żołnierzy bolszewickich leżał chory na ty-fus w naszej
stodole. Kiedy wyzdrowiał, jeden z braci zawiózł go na sta-cję kolejową Gudogaj,
odległą od naszej wsi o 18 km. Przed wyjazdem bolszewik prosił o pożyczenie kożucha,
gdyż po ciężkiej chorobie oba-wiał się przeziębienia. Ojciec pożyczył, lecz nigdy
więcej kożucha nie zobaczył.
Po wojnie
Po przegranej wojnie bolszewicy opuścili Wileńszczyznę. Ojciec myślał wówczas nad
sposobem zdobycia wówczas większej ilości pie-niędzy, aby chłopcy i dziewczęta mogli
dalej się uczyć. Ponieważ mieli-śmy dwa domy, więc w tym drugim pomieszczeniu,
przeznaczonym na kuchnię, ojciec założył sklep spożywczy, a w dwóch pokojach –
restau-rację (sam w tym czasie nie pił i nie palił). Towary musiał przywozić
furmanką aż z Wilna, odległego od naszej wsi o 50 km. Innej możliwo-ści transportu
wówczas nie było. Czasami bywało, że bandyci napadali na wiozących towary i grabili
ich. Taki wypadek wydarzył się też memu ojcu. Jechał po towar przez las i w połowie
drogi został zatrzymany przez bandytów, którzy zażądali pieniędzy w markach
polskich. Ojciec wyciągnął z kieszeni portfel i oddał marki przeznaczone na zakup
towa-ru. Mało tego, jeszcze przyznał się, że ma pod siedzeniem ukryte pienią-dze.
Bandyci zabrali wszystko i ulotnili się. Ojciec zawrócił i do domu przyjechał z pustym
wozem. Taka przygoda zdarzyła się mu tylko raz. Następne wyjazdy po towar przebiegały
szczęśliwie.
Handel kwitł, restauracja prosperowała jako tako. Młodsze poko-lenie, ze mną na czele,
nie odczuwało zbytnio polepszenia warunków swojego bytu. Najwięcej korzyści miało
starsze rodzeństwo, zatrudniane przy sprzedaży w sklepie oraz obsługiwaniu klientów w
restauracji.
Przypominam sobie, jak najstarszy z braci, odbywający w 1921 roku służbę wojskową w
Wilnie, w każdą sobotę przyjeżdżał do narze-czonej, pokonując część drogi (18
km) na piechotę. Z powrotem odwozi-liśmy go na stację furmanką. Zaopatrzony w
gotówkę wracał do pułku, gdzie pracował w kancelarii i dlatego nie potrzebował
hasać z karabinem i plecakiem po weretepach, których pod Wilnem nie brakowało.
Przypominam sobie, jak ojciec zatrudniał mnie przy rozlewaniu piwa z beczki do butelek.
Przed napełnieniem każdej butelki należało ustami wyciągnąć powietrze z rurki, aby
piwo mogło płynąć. Wtedy po-łykało się potężny haust płynu. Taką pracę
wykonywałem przynajmniej raz w tygodniu.
W wieku 7 lat nauczyłem się łowić wędką ryby. Do wędziska z leszczyny
przywiązywało się sznurek sporządzony z włosia końskiego ogona. Za spławik
służył mały korek lub kawałek gęsiego pióra, a ha-czyki robiło się w pierwszych
latach z igły. Łowiło się w dwóch stawach majątkowych. W mniejszym – karasie i
liny, w większym, do którego wpadał strumyk ze źródlaną wodą – płotki, okonie,
ukleje i szczupaki. Jako przynęty używano gąsiennic jętki, zwanych oprzytkami oraz
mu-chy, których w domu nie brakowało. Kiedy w sklepach pojawiły się ha-czyki i
angielska żyłka, wówczas rozpoczęło się wędkowanie na szerszą skalę. Za złowione
ryby kupowałem żyłkę i haczyki, gdyż rodzice nie dawali na to pieniędzy. Z czasem
nabierałem w łowieniu coraz większej wprawy, a wtedy cała rodzina mogła delektować
się smakiem ryby. Już w szóstej klasie szkoły podstawowej byłem najlepszym rybakiem
we wsi.
Wesela
Pierwsza wyszła za mąż w 1921 r. najstarsza siostra, Werusia, za rolnika Krasińskiego,
mieszkającego w połowie wsi. Najstarszy brat, Franek, ożenił się w 1923 r. z
Michaliną, również pochodzącą z naszej wsi.
Wesela wiejskie, bardzo huczne, trwały wówczas 4 dni. A że dziś takich nie ma, muszę
ich przebieg opisać dokładniej, rozpoczynając od swatów. Swat, starszy gość,
wygadany i znający się na targach dotyczą-cych posagu kandydatki na żonę, jechał
wozem lub eleganckimi saniami, jeśli zdarzyło się to zimą, z młodym kandydatem do
wybranej dziew-czyny. Tam długo targował się o posag z rodzicami dziewczyny. Kiedy
pertraktacje kończyły się pomyślnie, wyciągał butelkę wódki i stawiał na stół.
Matka narzeczonej przynosiła zakąskę. Wszyscy, wspólnie z kan-dydatką na żonę,
zasiadali do stołu i ustalali termin wesela.
Wesele, jak wspomniałem, było huczne i trwało 4 dni plus jeden, przeznaczony na
poprawiny w najbliższą niedzielę po uczcie weselnej. Przez dwa pierwsze dni ucztowano u
młodej. Bardzo wcześnie z rana panny z całej wsi, rówieśniczki młodej, zbierały
się przed domem swojej koleżanki i śpiewały, przeważnie po białorusku, pieśni
związane z za-mążpójściem. Na zakończenie, kiedy to moja siostra wychodziła za
mąż, śpiewały taką piosenkę:
Żegnaj dziewczyno, żegnaj, kochanie
Nic nie pomoże twoje płakanie
Już koniki zaprzężone
Pod ganeczek podwiezione
Siadaj, kochanie.
Wówczas młoda, ubrana w białą suknię z welonem, śpiewała:
Jakże ja będę z wami siadała,
Kiedy ja mamie nie dziękowała.
Dziękuję tobie matko,
Że my żyli z tobą gładko,
A teraz nie będziem.
Jakże ja będę z wami siadała,
Kiedy ja siostrze nie dziękowała.
Dziękuję tobie siostro,
Że my żyli z tobą ostro
A teraz nie będziem.
Jakże ja będę z wami siadała,
Kiedy ja bratu nie dziękowała.
Dziękuję tobie bracie,
Że my żyli w jednej chacie,
A teraz nie będziem.
Po zakończeniu tej pieśni weselnej młoda wypowiadała takie słowa:
Dziękuję tobie dźwiery
Gdzie chodzili kawalery
A teraz nie będą.
Siadała z młodym na wóz i w asyście gości weselnych wyjeżdżała do
ślubu w pobliskim kościele. Po powrocie towarzystwo zajmowało miejsce przy stołach
suto zastawionych mięsiwem i spożywało pierwszy posiłek weselny, zakrapiając go
czystą gorzałką. Dzieci nie siedziały przy stole. Dostawały kawałek chleba z
kiełbasą i upieczoną bułkę i mu-siały się tym zadowolić. Wychodziły na dwór, aby
pobawić się z rówie-śnikami w chowanego, pikera czy też klasy.
Podpici weselnicy często śpiewali piosenki polskie, ruskie i biało-ruskie w rodzaju
tych, jakie często nuciła moja mama:
Zakazau barawik wsim grybom na wajnu
Szunkier junkier nu, nu, nu
Wsim grybom na wajnu.
Adkazali gryby my nie pojdzim na wajnu
Szunkier, junkier nu, nu, nu
My nie pójdzim na wajnu.
Zakazał barawik wsim apieńkom na wajnu
Szunkier, junkier nu, nu, nu
Wsim apieńkom na wojnu.
Adkazali apieńki my charoszyje panienki
Szunkier, junkier nu, nu, nu
My nie pójdzim na wajnu.
Zakazał barawik wsim lisicom na wajnu
Szunkier, junkier nu, nu, nu
Wsim lisicom na wajnu.
Adkazali lisicy my charoszyje siostrycy
Szunkier, junkier nu, nu, nu
My nie pójdzim na wajnu.
Śpiewano też po polsku:
Kto pije wódeczkę, a ja gorzałeczkę,
Kto kocha mężatkę, a ja panieneczkę.
Bardzo często przy stole rozbrzmiewały pieśni rosyjskie:
Cztob ja i mieł złatyje gory ii reki pełnyje wina
Wsio oddałby za łaski wzory, cztob ty władieła mnoj odna.
Albo:
Lecieli dwie pticzki
Rostam nie wieliczki
Gdzie sirota, gdzie si ja
Gdzie si miłaja maja.
Kak ani lecieli
Stali pasiedzieli
Gdzie sirota, gdzie si ja
Gdzie si miłaja moja.
Najadłwszy się do syta, towarzystwo weselne szukało miejsca na
odpoczynek, a wieczorem znów zasiadało do stołów. Tym razem wyglą-dało to trochę
inaczej. Następowało tzw. darowanie. Dziewuchy wiejskie śpiewały, a uczestnicy wesela
składali prezenty. Każdemu, kto ofiarował dar, śpiewały:
Ciebie Werusia twój brat daruje,
podziękuj i nisko się pokłoń!
Przyśpiewka rymowana wyleciała mi z pamięci. Kiedy sam, sto-jąc za
oknem wrzuciłem do miski 20 gr, bo więcej nie miałem, dziew-częta śpiewały:
Ciebie Werusia pastuszek daruje,
Nisko się pokłoń i podziękuj!
Po darowaniu przychodziła pora na tańce przy harmonii, na które
schodziła się młodzież z całej wsi. Odbywały się one w innej, obszer-niejszej
izbie, a czasami nawet u sąsiadów mających większe pomiesz-czenia.
Drugiego dnia, gdzieś około południa, znowu posilano się, zakra-piając jadło
alkoholem. Już prawie pod wieczór rozpoczynały się przy-gotowania wyjazdowe do
młodego.
Pierwszy wyruszał główny wodzirej wesela z dużym kufrem na-ładowanym bielizną
damską, ręcznikami, pościelą, ubraniami, dywana-mi, zapasami lnianego płótna i w
ogóle tym wszystkim, co będzie po-trzebne młodej mężatce.
Kiedy dojeżdżał z tym posagiem do domu młodego, dzieciarnia przy pomocy dorosłych
zagradzała drogę. Swat wtedy musiał wykupić się cukierkami, rozsypując je po drodze.
Po godzinie, a czasem i później, nadjeżdżała reszta weselników, przywożąc ze sobą
skradzione ze ścian domu młodej święte obrazy i inne przedmioty, przydatne młodej
żonie w nowym życiu. Rozpoczynało się znowu ucztowanie połączone z “daro-waniem”
– tym razem młodego i tańcami do białego rana.
W ostatnim dniu weselni goście, najedzeni i dobrze podchmieleni, po-wracali do swoich
domów.
Opisałem to wszystko, co widziałem i słyszałem na weselu dwóch starszych sióstr i
brata Franka. O innych zwyczajach obrzędowych, jak np. oczepiny nie potrafię nic
powiedzieć, bo wszystko wyleciało mi z głowy.
Siostra Jula wyszła za mąż w 1925 roku za policjanta Bróździaka, który pracował na
posterunku w Wornianach. Jej wesele trwało tylko dwa dni, bo mąż, z pochodzenia
Poznaniak, nie miał warunków do wy-prawienia u siebie dwudniowej uczty. Wkrótce po
weselu postarał się o przeniesienie do miasteczka Błaszki w powiecie kieleckim i tam
praco-wał aż do wybuchu wojny.
Przed weselem Julki, kiedy położyłem się do łóżka w pobliżu chlebowego pieca,
niechcący podsłuchałem rozmowę narzeczonego sio-stry, policjanta siedzącego z Julą
na piecu. Dowiedziałem się mnóstwa szczegółów dotyczących życia seksualnego. Po
uzupełnieniu tych wia-domości z książki “Higiena życia płciowego” w wieku 12 lat
byłem cał-kowicie uświadomiony.
Dla uzupełnienia przyśpiewek, które moja matka bardzo często nuciła będąc w dobrym
humorze po wypiciu paru kieliszków alkoholu, podaję pieśni o imionach męskich:
Piękne imię i Antoni
On potrafi pasać konie
Lecz z pannami nie poradzi
Bo się z każdą zawsze wadzi.
Piękne imię Bolesława
Jego honor i niesława
Wszystkim pannom dobrze znana
Więc i dla mnie nie wskazana.
Piękne imię i Franciszek
On pokochał dużo mniszek
Ja takiego nie gustuję
To dla innych obiecuje.
Piękne imię i Gerwazy
On się z każdą babą swarzy
Którą spotka to flirtuje
Złote góry obiecuje.
Piękne imię i Ignacy
Za nim żona często płacze
Choć nie pije to podgląda
I za innymi ogląda.
Piękne imię Juliana
Od kieliszka daj do dzbana
Co z nim robić kiedy pije
Co zarobi to przepije.
Piękne imię Kazimierza
On do żony bić się mierzy
A choć mierzy nie uderzy
Jemu żona nic nie wierzy.
Piękne imię Kajetana
Ja nie cierpię jak szatana
Upiwszy się bardzo głupi
Kto go zechce ten wyłupi.
Piękne imię i Wincenty
A ona ma wielkie wykręty
Po kiermaszach zawsze chodzi
I panienek dużo zwodzi.
Piękne imię i Wiktory
A on chodzi na wieczory
Gdzie nie pójdzie tam nocuje
Dla panienek serca truje.
Piękne imię Władysława
Jego honor jego sława
Trudno poznać do poznania
To nie dla mnie do kochania.
Piękne imię Konstantego
Pewnie rosnę ja dla niego
Jemu imię piękne dano
To i dla mnie obiecano.
Kryzys światowy
Rok 1024 był rokiem kryzysu światowego. Wartość towarów spa-dała a rynku codziennie.
Inflacja, nieporównywalna z tą o ponad pół wieku późniejszą, w latach
osiemdziesiątych, była wysoka i powodowa-ła liczne bankructwa. Mój ojciec zamknął
sklep i restaurację i już nigdy nie mogliśmy wpadać tam, aby pozbierać głowy ze
śledzi, leżące pod stołami, by wysmoktać je z apetytem. Po sklepie pozostała tylko
księga z dłużnikami, w której za nazwiskami wierzycieli, biorących na kredyt,
figurowała suma w milionach polskich marek.
Skończyły się lepsze czasy, w których starsi mogli żyć dostatnio. Z
czternastoosobowej rodziny odeszły dwie siostry wychodzące za mąż, a staruszce,
przyjętej przez ojca na dożywocie, zmarło się. Brat Józek kończył naukę w
Seminarium Nauczycielskim im. Tomasza Zana w Wilnie. Jego nauka pociągała za sobą duże
wydatki. Jadzia, starsza ode mnie o cztery lata, po szkole powszechnej uczyła się w
Seminarium Na-uczycielskim w Borunach. Opiekował się nią przez 3 lata wujaszek, ksiądz
Borówko. Po trzech latach księżulo uzbał, że nauka dziewczynie jest niepotrzebna i
przestał łożyć na jej utrzymanie. Całe szczęście, że brat Józef w tym czasie
ukończył Seminarium Nauczycielskie i otrzymał posadę w Dołhinowie pod sowiecką
granicą i nawet pobory za wakacje, choć jeszcze nie pracował ani godziny. Za pieniądze
wypłacone awan-sem mógł wysłać siostrę do Trok, gdzie jeszcze przez dwa lata
kończyła naukę w Seminarium Nauczycielskim Żeńskim. Tymczasem i o mnie musiał brat
pomyśleć, bo do ukończenia szkoły powszechnej zostało tyl-ko dwa lata.
Muszę jednak cofnąć się do najwcześniejszych lat mego pobytu w szkole. Po ukończeniu
przeze mnie pierwszej klasy, nauczycielka popeł-niła wielki błąd i po kilku
miesiącach nauki w drugiej klasie przeprowa-dziła mnie do klasy trzeciej. Z polskiego
byłem dobry, z matematyki i historii słabszy. Klasę trzecią ukończyłem ze stopniami
pozytywnymi. Z historią już wtedy byłem na bakier. Ledwie nauczyłem się poprawnie
czytać, a już musiałem zapamiętać jak nazywał się każdy z królów pol-skich,
kiedy się urodził, w którym roku zmarł i co zdziałał w czasie swe-go panowania.
Klasę czwartą ukończyłem z niemałym trudem, ale w piątej napotkałem dużo
trudności z matematyką i historią, toteż dostałem poprawkę z tych przedmiotów.
Czas wolny podczas ferii letnich wolałem zużyć na leżenie brzu-chem do góry,
łowieniu ryb, zbieraniu w lesie poziomek, malin, czar-nych jagód i grzybów, zamiast
uczyć się historii i matematyki. Nie stra-ciłem jednak na tym, bo przecież
przeskoczyłem klasę drugą i trzecią w ciągu jednego roku. W naszej szkole trzy
najstarsze klasy uczyły się w jednym pomieszczeniu. Nauczyciel musiał się solidnie
nagłowić, aby przeprowadzić lekcję i pozostawić w głowach dzieci jak najwięcej
wia-domości.
W tym czasie mój najmłodszy braciszek, Janek, rozpoczął naukę w szkole. Miałem z nim
ciągłe zatargi. Chłopak był bardzo porywczy i nieopanowany, chwytał, co miał pod
ręką i gonił za mną na podwórko. Ojciec, widząc to, brał pasa od spodni i sprawiał
nam obu porządne la-nie, nie pozwalając nawet chlipnąć. Mnie takie lanie pomagało,
bowiem byłem zawsze spokojny, ale braciszkowi awanturnikowi nie bardzo. Tych ojcowskich
środków zaradczych doświadczaliśmy kilka razy w ty-godniu. Pamiętam ten zimowy
dzień, w którym otrzymaliśmy od ojca buty z cholewami – jedną parę na dwóch. Te
buty służyły nam przez szereg lat do uczęszczania w nich na lekcje. Kiedy szedłem do
szkoły – Janek siedział w domu. Na drugi dzień on był w szkole, a ja prowadzi-łem
bezczynny tryb życia. Buty były również przedmiotem zatargów między nami. Wiadomo
było, że jak zatarg, to znowu dodatkowe lanie po gołym tyłku.
Dlaczego jednak tylko w stosunku do nas ojciec stosował te kary, a dziewcząt nigdy nie
ruszył? Raz tylko spróbował zastosować tę meto-dę wychowawczą w stosunku do Jadzi,
która po chłoście skryła się w ciemnym zakątku na dworze i dopiero kilkugodzinne
poszukiwania po-zwoliły odnaleźć jej kryjówkę. Od tego dnia Jadzia wiodła spokojny
ży-wot. Ojciec nigdy więcej jej nie ukarał.
Z Janka nic dobrego nie wyrosło. Uczęszczając do piątej klasy powiedział naszej
najlepszej nauczycielce, Jadwidze Dryllowej: “Pocałuj mnie w d...” i zakończył swoją
edukację. Maił wówczas 11 lat. Ojciec, który w tym czasie stał się już nałogowym
pijakiem, nie mógł sobie z nim poradzić. Dobrze, że chociaż Jankowi chciało się
pracować, był więc dobrym pomocnikiem w pracach polowych, ale nawet kiedy pod-rósł, w
dalszym ciągu prowadził awanturniczy tryb życia. Nie było bój-ki, w której nie
brałby udziału. Szczególne porachunki miał z trójką bra-ci Barbulów (jeden z nich
był moim dobrym kolegą). Szkodzili sobie nawzajem. Każda bójka pociągała za sobą
odwet drugiej strony, docho-dziło nawet do poważnych uszkodzeń ciała.
W szóstej i siódmej klasie nie miałem całkiem trudności z nauką. Brałem czynny
udział w zajęciach pozalekcyjnych organizowanych przez nauczycielkę Dryllową. Kilka
razy do roku wystawiała ona sztuki, jak np. “Władzio nauczycielem” i związane z
uroczystościami 3 Maja. Jeszcze dziś mogę wyrecytować początek przemówienia, jakie
wygłosi-łem do zebranych, stojąc na wysokim stole, w związku ze świętem 3 Maja. Nie
zająknąłem się ani razu, bo był to tekst dobrze wyyczony, któ-ry miałem wygłosić
w sztuce wystawianej przez nas wieczorem w sali Sądu Pokoju miasteczka Worniany.
Ignaś, również dobry zabijaka, z którym ojciec także nie dawał sobie rady, został
wysłany jako ochotnik do służby w pierwszym Pułku Legionów. Należał on do
strzeleckiej organizacji Piłsudskiego. Był do-skonale przeszkolony w mustrze i
obchodzeniu się z bronią (to on roz-strzelał kota szkodnika) i śpiewaniu w marszu
podniosłych pieśni legio-nowych, jak np. “Marsz strzelców”:
Hej, strzelcy, wraz z nami orzeł biały,
A przeciw nam śmiertelny stoi wróg.
Wnet z naszych strzelb pioruny zagrzmią, strzały,
A lotem kul kieruje zbawca Bóg.
Więc gotuj broń i kule bij głęboko,
O ojców grób bagnetu poostrz stal,
Na odgłos trąb twój sztucer bierz na oko,
Hej, baczność, cel i w łeb lub serce pal.
Hej, trąb, hej trąb strzelecka trąbko w dal,
A kłuj, a rąb, a kłuj, a rąb
I włeb lub serce pal.
Ochotnik dostosował się szybko do dyscypliny wojskowej i po odbyciu
służby rekruckiej został skierowany do szkoły podoficerskiej, kończąc ją w stopniu
kaprala. 12 maja 1926 r. wyruszył wraz z piątym i szóstym pułkiem transportem
kolejowym do Warszawy, aby wziąć udział w przewrocie majowym, jakiego dokonał
marszałek Polski Józef Piłsudski. Pierwsze starcie między oddziałami marszałka a
oddziałami wiernymi prezydentowi Wojciechowskiemu nastąpiło na moście Kier-bedzia.
Zginęło wtedy około 600 żołnierzy i sporo było rannych. Po paru godzinach
strzelaniny prezydent ogłosił kapitulację. Nastąpiło zawiesze-nie broni. Z opowiadań
brata zapamiętałem tylko to, żę jego kolega zo-stał ranny w nos i po powrocie do
miejsca zamieszkania, jako kontuzjo-wany, otrzymał koncesję na otwarcie sklepu wódek w
Wornianach. Brat miał poprzestrzelany płaszcz, lecz nie został nawet draśnięty.
Ignaś służył w legionach 3 lata. Kiedy wrócił do domu, pracował jakiś czas jako
sprzedawca w sklepie spółdzielczym, zwanym wówczas koperatywą, a następnie, po
poślubieniu dziewczyny, która go uwiodła, wyjechał do Wilna i został podoficerem
zawodowym Pierwszego Pułku Piechoty Legionów.
Pierwsza praca
W roku szkolnym 1928/29, kiedy ukończyłem siódmą klasę, zo-stałem zatrudniony po
lekcjach przez naczelnika poczty w Wornianach jako listonosz. Naczelnik płacił mi
miesięcznie 10 zł. Za tę sumę matka mogła kupić mi ubranie. Dodatkowo za doręczenie
telegramu na odle-głość od trzech do pięciu kilometrów adresat musiał zapłacić 3
zł. W majątku Worniany przylegającym do miasteczka o tej samej nazwie, żył dziedzic
– dziwak o nazwisku Chomiński. Jeśli nadszedł do niego list lub telegram,
obsługująca dziedzica żona fornala wręczała mi zawsze 5 zł, tj. pół sumy moich
miesięcznych poborów! Podczas ferii zimowych i wielkanocnych dostawałem też drobne
datki nie przekraczające 1 zł. Ksiądz proboszcz dawał mi garść monet groszowych i
dwugroszowych wrzucanych przez wiernych do kościelnych skarbonek. Po przeliczeniu
okazywało się, że suma drobniaków wynosiła aż 48 gr. W roku 1928 za tę sumę można
było kupić 48 cukierków jednogroszowych lub 96 sztuk półgroszowych. Sądzę, że
trzeba też wspomnieć, jaką przeżyłem przy-godę roznosząc listy, podczas Świąt
Wielkanocnych. Z listem trafiłem do sklepu wódek, prowadzonego przez Walinowicza,
kolegę mego brata. Walinowicz, jak już wspomniałem, był kontuzjowany podczas
przewro-tu majowego. Ojca w domu nie było, a tylko jego syn, uczęszczający ze mną do
szkoły. Ten wyciągnął butelkę z czystą wódką i nalał pół szklanki. Wypiłem
może połowę i stwierdziłem, że jest niesmaczna. Wtedy mój kolega wyszukał butelkę
koniaku. Spróbowałem trochę lecz koniak po wódce też nie przypadł mi do gustu.
Wróciłem do domu po-rządnie zawiany, nie mogąc znaleźć miejsca, wychodziłem ciągle
na po-dwórko pod podpowiatkę (miejsce załatwiania potrzeb naturalnych). Brat Józek –
harcerz zauważył moje dziwne zachowanie i stwierdził, że jestem pijany.Dostałem
porządną burę i od tego czasu do kieliszka nie zaglądałem.
Przez całe wakacje pracowałem po kilka godzin dziennie w kan-celarii Sądu Pokoju w
Wornianach i też zarabiałem złotówki, których potrzebowali rodzice. Prowadziłem w
kancelarii ewidencję spraw sądo-wych, robiłem odpisy wyroków sądowych i rozmaitych
umów dla zain-teresowanych. Początkowo z trudem potrafiłem odczytać wyroki sądo-we.
Później nabrałem takiej wprawy, że żaden wyrok sądowy nie stano-wił dla mnie
tajemnicy. Poznałem wszystkie artykuły, które sędzia za-stosowywał do spraw karnych i
cywilnych. Za tę pracę otrzymywałem, podobnie jak na poczcie, 10 zł. Zdarzało się
też, że za sporządzenie od-pisu umowy lub wyroku pieniądze trafiały do mojej
kieszeni.
Dziedzic – oryginał
Chciałbym tu jeszcze wspomnieć o dziedzicu Chomińskim, który
zadłużony po uszy, musiał tak lawirować, żeby komornik nie skonfi-skował mu
eleganckiej konnej bryczki. W tym celu kazał sobie sporzą-dzić powóz o czterech
kołach, z których tylne były tak duże, jak nie przymierzając armatnie, a przednie o
wiele mniejsze. Powóz ten, wy-moszczony słomą i sianem, służył do przywożenia
dziedzica ze stacji kolejowej i do stacji, kiedy wyjeżdżał w świat. Trójka
zaprzężonych ko-ni gnała przez 18 km do stacji Gudogaj. Siedząc na wozie, dziedzic
umieszczał z obu stron po rewolwerze, a nad głową trzymał rozpięty czarny parasol,
bez względu na pogodę. Woźnica, popędzając konie ba-tem i okrzykiem “hop hop”,
pokonywał odległość 18 km w godzinę i 20 minut. Po przybyciu na peron stacji pomagał
panu wejść do wagonu i za tę przysługę dostawał 5 zł. Woźnica wracał do majątku
już trochę wol-niej. Kiedy pan dziedzic zawiadamiał o ponownym przyjeździe do swo-jej
posiadłości furman, bo i tak był nazywany powożąc wyruszał o wy-znaczonej godzinie
na stację i po usadownieniu zubożałego magnata na sianie wracał z nim galopem do domu.
Przyjeźdżając do majątku otrzy-mywał znowu 5 zł, a dziedzic wchodził do swego
“pałacu”, którym był barak, przez cały dzień i noc zabezpieczony okiennicami.
Zwykła lampa naftowa służyła do oświetlenia pokoju, w którym mieszkał. Łóżka tam
nie było, więc spał na podłodze pokrytej sianem. Dziedzic nie spał na łóżku w
obawie przed upadkiem z niego i uczynieniem sobie krzywdy. Na zimę pan dziedzic
wyjeźdżał do Egiptu. Niesprzyjający klimat nie pozwalał mu na przebywanie w Polsce.
Pewnego razu wydarzył się w majątku wypadek. Młyn wodny stojący nad stawem, z
którego woda poruszała koła młyńskie, zaczął płonąć. Ksiądz zadzwonił na
alarm. Straż ugasiła pożar. Pan dziedzic wybrał się do proboszcza i wręzył mu 100
zł za uratowanie młyna.
I jeszcze jedna historyjka, która zdarzyła się gdy uczyłem się już w Wilnie. Pan
Chomiński, trzymający swoją gotówkę w żydowskim banku Bunimowicza w Wilnie,
przyjechał do miasta w celu pobrania z konta pieniędzy. Kiedy wychodził z banku,
został otoczony przez grupę biedaków, znających go dobrze, proszących o jałmużnę.
Wtedy zdziwa-czały dziedzic, nie namyślając się długo, wyciągnął woreczek z
bilonem i kilka garści rozsypał na chodniku. Biedacy i liczni przechodnie rzucili się
do zbierania monet. nastąpiło duże zbiegowisko i pan Chomiński musiał zapłacić
mandat za zakłócenie porządku publicznego.
Kiedy w parę lat później wybraliśmy się z zastępem harcerzy na obóż wędrowny z
Łyntup do Naroczy i zatrzymaliśmy się na nocleg w majątku brata naszego dziedzica z
Wornian, niepochlebną opinię, jaką wydał o swoim bracie pan Chomiński, można
wyrazić w trzech słowach: dziwak, pomyleniec i nieodpowiedzialny za swoje czyny.
Ciekaw byłem jakby mój ojciec, który dzierżawił majątek Cho-mińskiego przez jeden
rok, scharakteryzował jego dziwactwa, które po-znał zaraz po zakończeniu I wojny
światowej.
Moja mama
Jeszcze kilka zdań o mojej matce, której należy się ode mnie hymn pochwalny. Wiejska
kobieta, której nie imały się żadne choroby, bardzo pracowita, wytrwała i nad wyraz
szlachetna, nie zrażona żadnymi przeciwieństwami losu, potrafiła urodzić nas aż
jedenaścioro. Najstarszy niemowlak zakończył żywot zaraz po urodzeniu. W ciężkich
warunkach materialnych i higienicznych, jakie panowały na wsi białoruskiej w woym
czasie, borykając się z chłodem i głodem, zdołała utrzymać przy życiu całą
dziesiątkę i nigdy nie narzekała na panującą wokół nas biedę, pomagając
jednocześnie sąsiadom proszącym o wspomożenie. Żebra-kom odwiedzającym wieś prawie
codziennie udzielała wydatnej pomo-cy. My, widząc taki stosunek do biednych ludzi,
staraliśmy się ją naśla-dować. Przeżyła z nami dwie wojny światowe oraz dwa
kryzysy ogólno-światowe, podczas których zdarzało się, że brakowało nawet kawałka
chleba u tak bogatego gospodarza, jak nasz ojciec. Sam dokładnie przy-pominam dni, kiedy
szukałem skórki chleba aby rozmoczyć ją w wodzie z sacharyną i z apetytem zjeść. O
butach dla dzieciaków do lat siedmiu nie było wtedy mowy. Całą zimę siedzieliśmy w
domu boso. czasami wybiegaliśmy przed chatę i hasaliśmy po śniegu przez kilka minut.
Nie zdarzyło się, aby ktoś z tego powodu chorował. Matka widocznie miała wielkie
szczęście, bo nikt z nas nigdy nie zaziębił się od chodzenia na bosaka po śniegu.
Latem najczęściej wybieraliśmy się z matką na maliny na odle-głość 11 km, a
uzbieraniu pełnego wiadra, wracaliśmy z obciążeniem do domu. takie wyprawy przeżyłem
dwukrotnie. Któregoś lata, w sierpniu, po nabożeństwie wybraliśmy się z potężnym
koszem na ziemniaki nad bagno w pobliskim lesie w celu zebraniu borówek. Uzbieraliśmy
ich pełniusieńki kosz. Byłem wtedy małym ośmioletnim chłopcem. Zbiera-nie moje,
jeszcze bardzo niesprawne, nie mogło dorównać zbieraniu matki, jadnak wspomnienia z
tamtych lat przypominają mi zawsze, kto nauczył mnie cierpliwości podczas żmudnej i
nieraz ciężkiej pracy.
Zdarzało się, chociaż bardzo rzadko, że starszy brat Józek przy-jeżdżał do
rodziców na tydzień wakacji. Wtedy zabierał mnie ze sobą do lasu na borowiki. On był
w tenisówkach, a ja zawsze boso, z pokaleczo-nymi nogami. Mrówek w lesie było mnóstwo.
Często czułem bolesne ukłucia. Siadałem na ziemi i płakałem, bowiem do płaczu
byłem zawsze skory. W niedługim czasie brat znalazł pierwszego borowika. Krążąc
dookoła tego miejsca w promieniu 10 do 20 metrów, trafiał na następne i wkrótce w
koszyku miał ich 10. Był doskonałym zbieraczem i nie zna-łem we wsi mu równego. O
mnie tymczasem wstyd było mówić ale wreszcie udało mi się znaleźć parę sztuk. Po
dwóch godzinach brat po-siadał pełen kosz ciemnych, brązowych borowików, a w moim
koszyku znajdowało się tylko kilkanaście. Wracając do domu na skraju lasu
wy-sypywaliśmy grzyby na trawę i rozpoczynało się liczenie. Przeważnie było tak, że
Józek zbierał 10 razy więcej grzybów niż ja. Przykładowo, jeśli w moim koszyku
znalazło się 15 borowików, to on miał 150, tj. dwie i pół kopy.
Pewnego razu brat przyjechał do rodziców z koleżanką. Wybrali-śmy się do lasu
gromadką złożoną z sześciu osób. Pobiła nas wszystkich nieznajoma, znajdując przy
jednym pniu aż 90 pięknych i zdrowych bo-rowików. Kiedy spotkaliśmy się, aby
podziwiać jej zbiór, niektórzy zna-leźli w tym miejscu jeszcze po kilka sztuk. Panna
pokonała nawet naj-większego rekordzistę, którym od lat był mój brat, Józek. Z
Józkiem wybierałem się też w połowie lipca na maliny. Należało wychodzić o
świcie, aby nikt nas nie wyprzedził. W małym lasku, należącym do księ-dza, rosły
dorodne maliny. W parę godzin brat miał pełne wiadro z górą, a ja w tym czasie
zaledwie półtora lub dwa litry. Kto przychodził póź-niej, wracał z pustym naczyniem.
Następnego poranka można było zno-wu nazbierać dużo malin, bo szybko dojrzewały.
W latach pierwszego kryzysu światowego, kiedy panował głód, chłopcy naszego sąsiada
z naprzeciwka, mieszkającego jeszcze w kurnej chacie bez komina, chodzili do parku
dziedzica Chomińskiego i wybie-rali z dziupli młode szpaki, jeszcze niezupełnie
opierzone. Jeśli nie zdo-łali wyciągnąc piskląt ręką, wpuszczali do dziupli na
sznurku haczyk na ryby. Wyciągali wtedy zahaczone pisklę i wkładali do małej niecki z
drewna. Stare szpaki darły się wniebogłosy lecz chłopcy nie mieli lito-ści. Mając
pełną nieckę, przynosili je do domu i po zabiciu, odpowiednio oprawiwszy, gotowali je
lub smażyli. Podobno były w smaku doskonałe ale nie próbowałem ich. Strata w świecie
ptaków była niepowetowana lecz któżby o tym pomyślał, gdy głód doskwierał
każdemu z ich rodziny. Czasami ci sami chłopcy przynosili z lasu młode wrony, o wiele
większe od szpaków. Do wronich gniazd, umieszczonych wysoko na wierzchoł-kach drzew,
musieli wspinać się przy pomocy paska od spodni, zakłada-jąc go na nogi powyżej
stóp. Kiedy oczyścili z piór, wyrzucili wnętrzno-ści i ugotowali ptaki, poczęstowali
mnie kawałkiem wroniego mięsa. Przyznam, że smakowało mi, choć było trochę twarde.
Często wybierałem się ze starszymi cłopcami na raki do rzeki Ga-zianki, wpadającej w
dalszym biegu do Wilii. Rzeka ta, niezbyt szeroka, posiadała bardzo czystą wodę, toteż
żyło w niej dużo raków. Na ich po-łów wybieraliśmy się parę godzin przed zachodem
słońca. Uśmierciwszy kilkanaście dużych żab, ściągaliśmy z nich skóry. Ta
czynność nie wy-nagała dużych umiejętności. Zaczynało się od tylnych nóg. Skóra
dawała ściągać się z łatwością. Żabę przywiązywaliśmy sznurkiem do olchowe-go
patyka, który stawialiśmy pod korzeniami olchowych drzew. Żab tych było kilkanaście,
toteż i patyków ostro zakończonych musiała być odpowiednia ilość. Kiedy
ściemniało się, raki wychodziły na żer i za-czynały ogryzać smaczną przynętę.
Sprawdzaliśmy, chodząc od drzewa do drzewa. Podciągaliśmy delikatnie patyk do góry,
aby nie spłoszyć ra-ków i podstawialiśmy małą siatkę. Raki były już naszą
zdobyczą, którą wkładaliśmy do wiadra. Przez parę godzin można było złowić od
100 do 200 sztuk, w zależności od tego, ilu było łowiących i żab. Wracaliśmy do
domu przed północą.
Inny sposób łowienia stosowali starsi chłopcy. W biały dzień ro-zebrani do pasa, boso
wchodzili do rzeki, której brzegi nie były poro-śnięte drzewami. Wsadzali rękę w
nory, wyciągali raki i wyrzucali je na łąkę. Zdarzało się niejednokrotnie, że rak
boleśnie któregoś uszczypnął. Sam tej metody nie stosowałem, bo można było trafić
na szczura wod-nego, który potrafił chwycić za palec i poważnie skaleczyć. Złowione
raki smakowały wyśmienicie, tylko należało wrzucać je do gotującej się wody
całkiem żywe.
Jesienią, gdy liście klonu zaczynały opadać, wybieraliśmy się do parku, aby nanizać
je na kawałek drutu, a potem zawiesić na strychu. Li-ście te służyły przez całą
zimę na pokrywanie łopaty, na której układano bochny ciasta z żytniej mąki i wsuwano
do napalonego pieca. Również późną jesienią, gdy jagody jarzębiny przemarzły,
zrywaliśmy ich grona i wieszaliśmy pod dachem strychu. Zimą jarzębina smakowała
wszystkim, a szczególnie gilom przylatującym w nasze strony o tej porze roku.
Jako małe dzieci, gromadziliśmy spore ilości kasztanów, służą-cych nam do zabawy, a
czasami do robienia kleju z kasztanowej mąki.
Budowa nowego domu
Od 1925 roku zamieszkały w naszym drugim domu dwie rodziny felczera Ignacego Lewickiego.
Było ich dużo. On sam z żoną, córką Elą (moją rówieśnicą), starszym synem
Alojzym, ich wujaszkiem oraz star-szą panią Zamarajewową z córką Zamarajewówną,
nauczycielką i dziewczyną mieszkającą u pani Zamarajewowej na stancji.
Mój ojciec wynajął mieszkanie panu Lewickiemu pod warun-kiem, że ten wniesie opłatę
za roczny czynsz mieszkaniowy z góry, gdyż rozmyślał nad wybudowaniem nowego domu.
Pani Zamarajewowa mia-ła regulować opłatę miesięczną na początku każdego
miesiąca.
Ojciec, otrzymawszy pokażną sumę pieniędzy, rozpoczął zakup materiałów
budowlanych. Zwoził przez całą jesień i zimę 1925 roku bale drzewne z lasu
państwowego, a także częściowo ze swojego, gdyż miał nieduży kawałek świerkowego
lasu na końcu ostatniego zagonu. Żeby zawieźć to drzewo szybciej, zebrał
najbliższych sąsiadów i urządził tzw. “tłokę”. Zwożenie całą dromadą trwało
niezbyt długo. Na zakończenie ojciec musiał postawić kilka butelek wódki i sporo
wędlin, i innego je-dzenia. Później zwieziono dużo cegieł na wybudowanie dwóch
pieców do ogrzewania i jednego chlebowego w kuchni razem z płytą do goto-wania
posiłków oraz dwóch kominów. Wiosną, wynajęci cieśle odcio-sywali bale drzewne.
Ojciez rozbierał starą chałupę z myślą o tym, że wykurzy całkiem robactwo w
poastaci karaluchów, po naszemu taraka-nów, i pluskiew. Stare drzewo przeznaczano na
opał. Cegły ze starych pieców wywieziono daleko do dołów stanowiących nieużytki.
Cieśle wraz z ojcem uwijali się szybko, toteż w maju można było rozpocząć
układanie bali na zrąb.
“Pilszczyki”, czyli dwaj tracze, umieściwszy bal na tak zwanych kozłach, piłowali go
na deski sufitowe i podłogowe. Ściany zostały po-stawione szybko, potem przybito
krokwie i wreszcie łaty. Odpowiada-łem wtedy, że mam tyle lat, ile na strzesze łat, a
każda łata ma trzy lata. Pytający nigdy nie mógł obliczyć mego wieku, gdyż nie
wiedział, ile łat jest na krokwiach. Po łatach przychodziła pora na założenie wianka
na szczycie dachu od ulicy. Równocześnie z rozpoczęciem zadaszenia mu-siały być
postawione piece w dwóch pokojach, a z nich wychodzące dwa kominy. Budował je wynajęty
zdun. Położone łaty pozwalały na pokry-cie dachu słomą. Mój ojciec wykonywał dach
ze słomy, mając do pomo-cy tylko jednego sąsiada lub swego parobka, zatrudnionego do
prac po-lowych, bowiem w tych latach z dorosłych pozostał na gospodarce tylko najstarszy
brat. Z nas dwóch najmłodszych, Janek nadawał się tylko do pasienia krów, a ja
mogłem co najwyżej donosić słomę ze stodoły do pokrywania dachu. Potrzebna dorosła
“siła robocza” musiała być wy-najmowana, bo ktoś codziennie obowiązany był wozić
pocztę na stację. Franek szykował się do objęcia stanowiska posady zastępcy wójta w
gminie. Sytuacja stawała się nieciekawa.
Wstawienie podłóg i sufitów poszło nadzwyczaj szybki. Pozosta-wał tylko okna,
których w całym domu było osiem. Framugi i ramy okienne wykonywał stolarz, a szyby
potrafił wstawiać doskonale mój ojciec.
Nowy dom gotowy był do zamieszkania już w pierwszej połowie września 1926 roku. Na
największym kamieniu podmurówki wyryto rylcem rok budowy. Rozpoczęła się
preprowadzka. Mężczyźni wnosili ciężkie stoły, ławy i łóżka, a kobiety taborety,
pościel, garnki i różny sprzęt kuchenny. W kuchni nie zrobiono jeszcze podłogi,
zamiast tego było gliniane klepisko. Na chlebowym piecu znajdowało się dość ob-szerne
pomieszczenie, w którym podczas zimy mogły spać dwie lub trzy osoby dorosłe, a dzieci
mieściło się tam aż pięcioro.
Skończyło się tułacze życie, gotowanie ziemniaków na kolację w sadzie, za domem
zamieszkałym przez lokatorów. Starszy brat z żoną i małą dziewczynką zajął
pomieszczenie od ulicy, przegordzone przepie-rzeniem, za którym w najbliższej
przyszłości miała zamieszkać dobra krawcowa Józefa, nieszczęśliwa dziewczyna, bo
garbata, mająca dobry słuch i piękny głos. Ona uczyła nas piosenek polskich,
rosyjskich i biało-ruskich. Za obszycie całej rodziny miała darmowe mieszkanie. Do
wchodzenia i wychodzenia służyły jej oddzielne drzwi. Franek z żoną wychodzili
osobnymi drzwiami przez kuchnię.
Lokatorzy
Nowy rok szkolny 1926/27 rozpocząłem z dwiema nowymi kole-żankami. Jedną z nich była
Ela, której zawsze dostarczałem najładniej-sze jabłka z naszego sadu, poziomki, maliny
i czarne jagody. Pan Le-wicki nazywał mnie swoim zięciem, a mimo to, zatrudniał mnie
jako chłopca na posyłki. Przynajmniej dwa razy w tygodniu przynosiłem mu dzbanek wody z
odległej o 1 km źródlanej rzeczki do samowara. Przy-wiózł go z Petersburga, bowiem
tam mieszkał przed rewolucją paździer-nikową.
Za dzbanek wody otrzymywałem 20 gr i mogłem kupić 20 sztuk cukierków groszówek.
Nieraz chodziłem z panem Lewickim do mniejszego majątkowe-go stawu, celem zastaiwnia
“bucza” – więcierza z wikliny na karasie i liny. Zastawiałem tę pułapkę na ryby,
wchodząc po pas w wodę i wraca-liśmy do domu. Nazajutrz, wczesnym rankiem sprawdzałem
już sam, ile ryb było w żaku. Karasie wchodziły zawsze, liny rzadziej. Znowu
do-stawałem nagrodę, o ile coś się złapało. Takie kłusownictwo uprawiałem aż do
zamarzięcia stawu.
Najczęsiej w niedzielę, kiedy mama piekła bliny, a my tzn. ja, sio-stra Gienia, ciotka
Antonina i ojciec, śpiewaliśmy godzinki. Ela przebie-gała przez drogę z talerzem i
prosiła o kilka blinów dla tatusia. Panu fel-czerowi nasze bliny bardzo smakowały.
Urodził się we wsi nad jeziorem Szwakszta, gdzie prawie wszy-scy mieszkańcy nazywali
Koczergami, a koczerga to po naszemu długi hak do wygarniania węgla z chlebowego pieca.
Ten węgiel po ostudze-niu zużywało się do gotowania wody w samowarze. Po napełnieniu
sa-mowara wodą, rozpalało się w szerokiej rurze drzewny węgiel. Czasami węgiel nie
chciał się palić. Brało się wówczas but z cholewą, która mu-siała być miękka i
nakładało się ją na rurę samowara i, naciskając na ze-lówkę buta po kilkanaście
razy, rozdmuchiwało się węgiel, aż zaczął się żarzyć. Pewnego razu moja ciotka
kazała mi zagotować wodę w naszym samowarze. Rozpaliłem samowar lecz nie nalałem
wody. Rura odluto-wała się i samowar zakończył swój żywot. Nowego nie kupiliśmy,
gdyż nie był tak bardzo potrzebny. Herbatę z samowara, bardzo smaczną, pili-śmy tylko
w wielkie święto, na weselu, o ile uczestniczyli w nim goście mogący ocenić smak tak
przyrządzonej herbaty.
Ciotka Antonina jako terejarka miała znajomości z księżmi i czę-sto załatwiała im
różne sprawy związane z posługą religijną. Jednym z takich był ksiądz dziekan,
staruszek ze Starej Wilejki. Ciotka podjęła się zbierania pieniędzy na mszę za dusze
zmarłych, odprawiane przez dzie-kana. raz w miesiącu wysyłała pieniądze do Starej
Wilejki, podając w liście, za czyją duszę miały być odprawiane modlitwy. Funkcje jej
oso-bistego sekretarza pełniłem ja, ponieważ ciotka, podobnie jak moja mat-ka, była
analfabetką i tylko potrafiła podyktować mi list. List przeważnie zaczynał się tak:
“ Drogi Księże Dziekanie! W pierwszych słowach me-go listu donoszę, że na msze za
dusze zmarłych złożyły ofiarę następują-ce osoby (tu następowały nazwiska i
imiona osób i wysokość ofiar w pieniądzach oraz za czyją duszę miała być
odprawiona msza). Na zakoń-czenie ciotka kazała zawsze napisać: Całuję rączki
Księdzu Dziekanowi. Żurowska Antonina”.
Pierwsze miłości
W piątej klasie siedziałem dwa ata, gdyż nie mogłem dać rady z matematyką i
historią. Koleżanka Ela, moja platoniczna sympatia, wy-przedziła mnie kończąc
szkołę powszechną o rok wcześniej. W dalszym ciągu dostarczałem jej codziennie
najsmaczniejsze owoce z ojcowskiego sadu. W klasie szóstej nie miałem już kłopotów z
nauką. Ela już na do-bre flirtowała w tym czasie z moim starszym kolegą. Któregoś
dnia po-prosiła o pożyczenie jej z biblioteki mego najstarszego brata małej
ksią-żeczki pt. “Higiena życia płciowego”. Prosiła, abym nikomu o tym nie mówił,
a już w żadnym wypadku jej rodzicom (jej matka była akuszer-ką). Ela skończyła
szkołę w 1923 roku i wstąpiła do gimnazjum im. Eli-zy Orzeszkowej w Wilnie. Musiałem
więc poszukać następnej kandy-datki na stanowisko sympatii. Została nią koleżanka
mieszkająca u pani Zamarajewowej, z którą codziennie odrabiałem lekcje w kuchni.
Córka pani Zamarajewowej w międzyczasie wyszła za mąż i została panią Dryllową.
Mąż pani Dryllowej, nauczyciel, wyjechał wkrótce do Argen-tyny i stamtąd przysyłał
listy oraz paczki, zapraszając żonę z matką do siebie. Pani Dryllowa nie mogła
wyjechać ze względu na nieodpowiedni klimat. Jej mąż zamienił Argentynę na
Brazylię, a mimo to, matka nie reflektowała na wyjazd do Ameryki Południowej. Do
wybuchu II wojny światowej trwała jeszcze korespondencja pomiędzy małżeństwem Dryll,
potem ślad po mężu zaginął.
Moją trzecią sympatią w szkole była Irka, siostra pani kierow-niczki Urbanowiczówny,
która wyszła za mąż za organistę Adama Ja-kowskiego, uczącego śpiewu w naszej
szkole. Pan Adam był tak dosko-nałym nauczycielem śpiewu, że aż do dziś pamiętam
niektóre piosenki i potrafię je zaśpiewać solfeżem bez słow. A oto jedna z nich: mi,
mi, mi, mi, mi, mire, mi, fa, fa, fa, fa, fa, fa, sol, fa, mi, mi, mi, mi, mi, mi, re, mi,
sol, sol, sol, sol, do, re, mi, fa, fa, la, sol, fa, mi, mi, sol, fa, mi, re, re, sol,
sol, do, re, mi, fa, fa, la, sol, fa, mi, mi, sol, fa, mi, re, re, sol, sol, do. Jest to
melodia piosenki Filomatów i Failaretów z Uniwersytetu w Wil-nie, zaczynająca się od
słów: “Czegoż bracie w domu siedzisz, nad książkami głowę biedzisz, zaśpiewajmy,
pożegnajmy starych Piastów ród”.
Kiedyś moja sympatia podczas lekcji robót ręcznych wybiła niek-cący nożycami oko
Janowi Łukszy z Bobrownik. Nie pamiętam, czym ten nieszczęśliwy wypadek zakończył
się i kto zapłacił karę. Mogę tylko powiedzieć, że wtedy uczniowie na pewno nie
byli ubezpieczeni.
Tych Janów o nazwisku Łuksza uczyło się w naszej szkole aż trzech. Nauczyciele, aby
ich odróżnić, ponumerowali chłopców cyframi od jednego do trzech. Kiedy nauczyciel
sprawdzał obecność czy odpy-tywał, musiał powiedzieć: Łuksza pierwszy, drugi lub
trzeci, w przeciw-nym razie nie wstawał żaden. Nie pamiętam, któremu z nich moja
sym-patia wybiła oko. Kiedy zbliżał się koniec roku, starsi uczniowie, aby otrzymać
świadectwa, musieli swoim nauczycielom i nauczycielkom mieszkającym u gospodarzy we wsi
nanosić drzewa, popiłować je i po-rąbać.
Należałoby wspomnieć, co robiliśmy po lekcjach w długie, zi-mowe wieczory i podczas
niedziel i świąt. Bardzo często graliśmy w karty, nawet ze starszymi. Najbardziej
ulubioną grą było “oczko”, ina-czej 21, na zapałki zamiast pieniędzy. Polularną
grą był też “dureń”, zwany u nas “wozem” i “tysiąc”. W tysiąca grywałem w
niedzielę z mamą.
Nieraz przy sprzyjających warunkach atmosferycznych, po za-padnięciu zmroku,
wybieraliśmy się całą gromadą do miasteczka sania-mi, służącymi normalnie do
wożenia drzewa z lasu. Na sanie kładliśmy kilka desek w poprzek i usadowiwszy się
wygodnie, zjeżdżaliśmy lipo-wą aleją od kościoła aż do parku dziedzica
Chomińskiego. Sanie gnały bardzo szybko i kierujący nimi chłopak na łyżwach musiał
bardzo uwa-żać, aby nie zaczepić deskami o zawsze otwartą bramę. Zdarzało się
cza-sami, że nawierzchnia alei była pokryta lodem i wtedy odczuwaliśmy dopiero
przyjemność jazdy – z szybkością przekraczała 30 km na godzi-nę! Czy aż tak szybko
można pędzić na sankach? Okazuje się, że można, ponieważ nawierzchnia lodowa, spory
spadek drogi i obciążenie sań, na których mieściło się do 15 osób pozwala
osiągnąć taką prędkość. Czę-ściej niż w miasteczku mogliśmy pojeździć z góry
od połowy wsi do szkoły na sankach wykradzionych ojcu z podpowiatki.
Młócenie zboża cepem odbywało się w stodole podczas mroźnych dni. Zajmowali się tym
przeważnie mężczyźni. Zboże układało się w dwa rzędy na klepisku kłosami do
siebie. Jeśli było tylko dwóch młócą-cych, jeden stawał przodem, a drugi tyłem i
uderzając kolejno po kło-sach, powoli posuwali się do przodu. Gdy młóciło trzech,
dwóch posu-wało się przodem, a jeden tyłem. Przy czterech młócących dwóch szło
przodem, a dwóch tyłem. Następnie przewracano zboże i młócenie kon-tynuoano dalej.
Po dokładnym wymłóceniu przetrząsano dokładnie sło-mę i wiązano ją w duże snopy,
zwane “kulami”. Ta słoma służyła do po-krywania dachów, część zużywano na
podściółkę zwierzętom hodowa-nym w gospodarce. Młócenie było pracą bardzo
ciężką, toteż mężczyźni musieli odżywiać się lepiej, aby podołać wysiłkowi
trwającemu parę ty-godni. Do roku 1929 żaden gospodarz w naszej wsi nie posiadał
młocar-ni, niektórzy zaopatrzyli się już w kieraty do rżnięcia sieczki.
W czasie feii wakacyjnych roku 1928/29 syn Lewickiego, Alojzy, przywiózł do rodziny
sympatyczną i nadzwyczaj uroczą Tatianę Masło-wą, Miss Polski. Piękna słoneczna
pogoda pozwalała im na przebywanie w sadzie w samych kostiumach. Można sobie wyobrazić,
jakie zgorsze-nie panowało wśród sąsiadów, kiedy widzieli jak ci bezwstydnicy
opala-ją się na kocu w naszym sadzie. Wówczas taki widok powodował ogólne oburzenie,
szczególnie u wiejskich kobiet, bo mężczyźni raczej podzi-wiali piękne kształty
wybranej na Miss panienki. Jaki był finał przygody pana Alojzego z Masłową, opiszę
później po rozpoczęciu w roku 1930/31 swojej nauki w Seminarium Nauczycielskim Męskim
im. T. Zana w Wilnie.
Wakacje przepracowałem jako pomocnik sekretarza w sądzie, za-rabiając około 50 zł. Za
te pieniądze kochana mama ubrała mnie od stóp do głowy. Nowe ubranie, bielizna,
sznorowane czarne kamasze oraz czapka były bez zarzutu. Paltko, z ciepłym kołnierzem po
swoim synu Alojzym, ofiarował mi pan Lewicki. Tak ubrany i zaopatrzony w żyw-ność na
drogę oraz dodatkową lnianą bieliznę, wyjechałem z domu fur-manką na stację
Gudogaj. Jazda furmanką, którą powoził brat Franek, trwała 2,5 godziny.
Pociągiem jechałem drugi raz w życiu około godziny. Do Smor-goń, sławnego
powiatowego miasteczka, znanego z nauki tańca niedź-wiedzi na rozpalonej blasze oraz
smorgońskich obwarzanków, dojecha-łem przed wieczorem. Od stacji do Szkoły Powszechnej
Nr 2 w Słomi-nie dowiózł mnie dorożkarz. W szkole nie zastałem brata, więc
zgłosi-łem się do kierownika szkoły, który zaprosił mnie do siebie i poczęsto-wał
herbatą. Tu zaczęła się moja pierwsza lekcja zachowania przy stole, więc byłem
trochę skrępowany nie wiedząc, jak trzymać widelec czy nóż, jak smarować chleb i
nakładać wędlinę. Pierwsza lekcja skończyła się pomyślnie. Po godzinie przyszedł
brat i zaprowadził mnie do pokoju, w którym mieszkał. Nazajutrz poszedł ze mną po
zakupy i pokazał, w którym sklepie mam zaopatrywać się w artykuły potrzebne na
śniadanie i kolację. Obiady mieliśmy spożywać w prywatnej stołówce.
Od tego dnia moim codziennym zadaniem było dokonywanie za-kupów oraz gotowanie śniadań
i kolacji na prymusie naftowym. Pierw-sze dni były dla mnie dosyć trudne, bowiem w domu
gotowałem w sa-dzie tylko ziemniaki, a tu musiałem nauczyć się gotować ryż na gęsto
z cynamonem i cukrem lub ryż na mleku. Oprócz tego przygotowywałem herbatę, kakao lub
kawę. Rozpoczęło się pańskie życie bez opychania się ziemniakami i chłodnikiem,
kiszonym ogórkiem lub śledziem. Zaw-sze był świeży chleb tzw. pytlowy, bułeczki
kajzerki, a do tego masło, ser lub marmolada.
Brat Józef zapisał mnie do drugiej Drużyny Harcerzy przy szkole powszechnej nr 2. Przez
3 miesiące byłem ochotnikiem, a następnie wraz z nowowstępującymi harcerzami
składałem przyrzeczenie harcer-skie na uroczystwj zbiórce już w mundurku harcerskim.
Podczas przy-rzeczenia przypięto mi krzyż harcerski. Miałem już stopień młodzika.
Funkcję drużynowego pełnił brat.
Szkoła nr 2 mieściła się w dwóch budynkach. W jednym z nich był sklepik harcerski i
brat obarczył mnie funkcją sprzedawcy. Codzien-nie musiałem chodzić do budynku
oddalonego o prawie kilometr i tam sprzedawać dzieciom materiały piśmienne oraz
harcerskie w czasie du-żej przerwy. Najważniejszym jednak obowiązkiem była nauka
przed-miotów takich, jak: język polski, język niemiecki, język białoruski, hi-storia,
nauka o Polsce współczesnej, geografia, matematyka, fizyka z chemią, biologia
(botanika, zoologia) i anatomia z fizjologią, które obo-wiązywały na I – szym kursie
seminarium nauczycielskiego. Brat posia-dał wszystkie podręczniki do wspomnianych
przedmiotów i dlatego nie potrzebowałem kupować nowych.
Nauka nie sprawiała mi zbytnich trudności. Do języka niemiec-kiego musiałem się
więcej przykłacać lecz miałem więcej godzin z tego przedmiotu, gdyż uczyłem się
razem z Zosią Pietrucinówną, której brat dawał korepetycje. Zosia została czwartą
sympatią aż do końca roku szkolnego.
Po lekcjach grałem z kolegami w piłkę nożną małą piłeczką. Ta gra była
niedozwolona w szkole powszechnej, toteż brat często zabierał nam piłeczkę, a
wówczas szukaliśmy innej rozrywki, np. gry w pienią-dze. Do tego potrzebne były monety
5–cio, 10–cio i 20–sto groszowe. Drugiego dnia chłopcy przynosili nową piłeczkę i
graliśmy wtedy dalej od szkoły, żeby brat nie mógł nas zauważyć i pozbawić
możliwości uga-niania się za piłeczką. Gdy miałem do dyspozycji parę złotych,
wypoży-czałem na godzinę rower i mogłem nauczyć się jazdy na nim.
Raz w tygodniu odbywały się zbiórki harcerskie zastępów, a przynajmniej raz w
miesiącu zbiórka drużyny, podczas których uczyli-śmy się śpiewać harcerskie
piosenki lub drużynowy prowadził z nami gry sportowe i terenowe, połączone ze
współzawodnictwem. Mój brat często zajmował się oprawianiem książek. Przy tej
pracy również mu pomagałem.
Na święta Bożego Narodzenia przyjechaliśmy do rodziców. naj-ważniejszą
czynnością, jakiej dokonywało się przed świętem była ką-piel w łaźni. Odbywała
się ona tradycyjnym sposobem w naszej “bani”. Wyparzeni, porządnie wychłostani
wienikami, dobrze namydleni i wy-szorowani rohożkami oraz wypłukani czystą wodą
czuliśmy się jak no-wonarodzeni i mogliśmy zasiąść do wieczerzy wigilijnej. Pierwszy
raz choinka była ubrana błyszczącymi bombkami, czerwonymi jabłkami, cukierkami,
łańcuchami wykonanymi przez nasze dziewczęta i wosko-wymi świeczkami. Wyglądała
uroczo ale pod choinką nie umieszczono żadnych prezentów, gdyż nie było nas stać na
takie luksusy. Do wigilii zasiedliśmy w 12 – toosobowym składzie. Krótką modlitwę
odmówiła ciotka Antonina. Stół pełen wonnego siana, przykryty białym obrusem
zastawiony był śledziami przyprawionymi cebulą i octem, kutią, pensa-kiem ze
słodzonym makiem, kisielem owsianym (nie cierpiałem go) oraz kisielem żurawinowym. Po
podzieleniu się opłatkiem i całodzien-nym poście rozpoczęliśmy wieczerzę od
śledzi, których zjadałem naj-mniej dwa. Potem konsumowaliśmy kutię, pensak z makiem,
a na za-kończenie dużo kisielu żurawinowego. Dla amatorów herbaty był też podawany
ten napój. Po spożyciu kolacji następowały wróżby. Kto wy-ciągnął najdłuższe
siano miał żyć dłużej niż pozostali. Potem śpiewali-śmy piękne kolędy,
rozpoczynając od “Wśród nocnej ciszy”. Wszyscy mieli dobry słuch, toteż wtórowanie
czyli dobieranie drugiego głosu ne sprawiało trudności. Po kolędach ojciec zabierał
siano ze stołu i zanosił zwierzakom do stajni i chlewa, aby i one poczuły smak Wigilii.
Przychodził czas na spoczynek. Było trochę za mało łóżek, więc musieliśmy spać
po dwóch. Trójka najmłodszych mogła ułożyć się na chlebowym piecu w kuchni, a
Józek – nauczyciel, na sienniku w drugim pokoju, po harcersku. Z ciotką była
najmniejsza bieda – ona zawsze zna-lazła sobie miejsce.
W pierwszy świąteczny dzień obiadu nie gotowano. Posilaliśmy się tym, co zostało z
Wigilii i piliśmy herbatę z babkami pszennymi, któ-rych matka napiekła na całe
żwięta. Kolację stanowiło mleko z babką.
Drugi dzień świąt przebiegał podobnie do pierwszego z tym, że po odśpiewaniu
godzinek jedliśmy bliny. Po śniadaniu wybieraliśmy się całą rodziną do kościoła
na sumę. Na obiad podawano kapuśniak na sa-dle, po kawałku mięsa i zabielany krupnik.
Miastowi, tzn. ci, którzy uczyli się lub pracowali, dostawali herbatę z babką. Józek
w tym czasie miał już łyżwy przykręcane do butów, toteż chodziłem z nim na staw,
aby oczyścić kawałek lodu do jazdy na łyżwach. Julek też nam towarzy-szył,
pokazując, jak można jeździć na podkówkach wojskowych butów.
Ferie świąteczne trwały do Trzech Króli, czyli do szóstego stycz-nia. Wracaliśmy w
tym dniu do Smorgoń. Przebywając w Sorgoniach, odkryłem przypadkowo tajemnicę flirtu
brata z Wilnianką, która udając pannę, wyciągała od niego 60 zł miesięcznie na
zakup zaplanowanych wspólnie mebli i innych przedmiotów, potrzebnych w przyszłym
wspól-nym życiu. Co miesiąc brat wysyłał jej pieniądze, oprócz tego musiał
przecież utrzymać siostrę w internacie w Trokach i mnie u siebie. Oka-zało się
później, że ta panna była mężatką i naciągała brata na poważny wydatek,
przypuszczalnie w porozumieniu z mężem.
W Smorgoniach podczas zimy uczyłem się jeździć na łyżwach brata i często na
saneczkach z góry.
***
Na Wielkanoc przyjechaliśmy z bratem do rodziców, którzy pod-czas wielkiego postu w
środę i piątek nie jedli tłuszczów zwierzęcych i nie pili nawet mleka. My w tym
czasie prowadziliśmy już inny tryb ży-cia, poszcząc tylko w piątki. W sobotę, starym
zwyczajem, napaliliśmy w łaźni i cała rodzina mogła się porządnie wykąpać,
wychłostawszy się wienikami, których ojciec miał zawsze odpowiedni zapas. Matka
napie-kła pełen piec babek wielkanocnych.
W niedzielny poranek, jeszcze przed wshodem słońca, wszyscy szli na rezurekcję do
kościoła w miasteczku Worniany, odległym o pół kilometra od Nowej Wsi. Do kościoła
zjeżdżały się ludzie ze wszystkich okolicznych wsi, położonych w promieniu 10 km od
miasteczka.
Zaraz po rezurekcji wieśniacy z innych wsi wsiadali na wozy i prawie galopem odjeźdżali
do domów, aby jak najszybciej zasiąść do śniadania wielkanocnego. Na wielkanocne
śniadanie matka piekła gęś lub kilka kurczaków, do których podawała borówki i
bardzo mocny chrzan. Była też wędzona szynka i kiełbasy, a na koniec baby wielka-nocne
z kawą zbożową lub herbatą.
Dla mnie święta wielkanocne nie były wielką atrakcją. W cza-sach, kiedy byłem małym
chłopcem, odwiedzałem z bratem i siostrą wszystkie ciotki i innych krewnych, od
których dostawaliśmy malowane jajka. najprzyjemniejszą zabawą było toczenie jaj z
korytka w domu lub na dworze, o ile pogoda pozwalała na to. Jak odbywała się ta zabawa?
najpierw wszyscy chłopcy biorący w niej udział, po kolei puszcali jajka w pole z
korytka ustawionego pod pewnym kątem, tak, aby jajko mogło się stoczyć z góry bez
popychania ręką. W drugiej kolejce toczący swoje jajko starał się trafić w jajka
leżące na ziemi lub podłodze. Jeżeli trafił w jedno lub dwa, stawały się jego
własniością i mógł jeszcze raz potoczyć jajko z korytka. O ile nie potrącił
żadnego, tracił kolejkę, a następny puszczał swoje podnosząc je z ziemi. Zabawa
trwała dosyć długo i ten, który przegrał wszystkie jajka, rezygnował z gry lub
szedł do domu po nowy zapas jaj. Inną zabawę w jajka prowadzili starsi chłopcy, a
nawet kawalerowie. Najczęściej odbywało się to po wyjściu z kościoła. Każdy miał
w kieszeni po kilka jaj. Konkurenci spotykali się i próbowali mocy swych jaj, a badało
się ją przy pomocy zębów. O ile jajko zostało sbite (czyli pęknięte) z obu stron,
konkurent zabierał je i chował do kieszeni. Byłi tacy specjaliści, którzy potrafili
wynaleźć tak mocn jajko, że nikt nie mógł go rozbić swoim, ale zdarzało się też,
że spryciarz nasączał je odpowiednim twardym tworzywem i wtedy wszystkie, choćby
najtward-sze, zostały zbite. taki oszust, jeśli został wykryty, ponosił odpowiednią
karę, przeważnie był dotkliwie pobity i musiał szybko zmykać do domu.
Kiedy nadeszła wiosna, brat urządzał wycieczki do lasu, a już w połowie czerwca
biwaki pod namiotami.
Pod koniec czerwca zawiózł mnie do Wilna na egzamin do Semi-narium Nauczycielskiego
Męskiego im. T. Zana. Egzaminu na drugi kurs seminarium nie zdałem, więc zostałem
przyjęty na pierwszy. Wa-kacje 1939/30 spędziłem w Nowej Wsi beztrosko, pomagakąc w
pracach polowych, zbierając poziomki, maliny, grzyby, łowiąc ryby w majątko-wych
stawach. Każdego popołudnia grywaliśmy w piłkę siatkową w miasteczku, a wieczorami
siadywaliśmy na ganku, śpiewając popularne piosenki ludowe oraz legionowe. Późnym
wieczorem szliśmy spać na sianie w stodole. W tym czasie starszy brat Ignaś wstąpił
ponownie do 1–go pułku legionów i wyjechał z żoną i dwiema córkami do Wilna, gdzie
zamieszkał na ulicy Antokolskiej.
Józek po feriach przyjechał ze mną do Wilna. Zamówił mi mun-durek szkolny w szkole
odzieżowej, opłacił bratu za mieszkanie i moje wyżwienie i wyjechał jako instruktor
harcerski do Belgii, gdzie organi-zował harcerstwo wśród górników polskich.
Po rozpoczęciu nauki w seminarium, które mieściło się przy ulicy Bazyliańskiej,
będącej przedłużeniem Ostrobramskiej, do szkoły chodzi-łem piechotą, pokonując
odległość 5 km w jedną stronę, przynajmniej raz dziennie. Później, kiedy
wstąpiłem do Czarnej Trzynastki Wileńskiej Drużyny Harcerzy, zdarzało się, że
musiałem przebyć dodatkowo tę drogę dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Należałem
także do chóru szkolnego i na próbę musiałem przyjść do szkoły jeszcze raz.
Lubiłem też od czasu do czasu pójść do kina, ale wtedy najczęściej przed filmem nie
wracałem do domu. Kupowałem za 10 gr ćwiartkę chleba i pożwiw-szy się nim,
spędzałem 2 godziny na filmie. Autobus kursujący ze śr-pódmieścia aż do miejsca
zamieszkania kosztował 30 gr i na taki luksus mogłem sobie pozwolić tylko kilka razy w
ciągu miesiąca.
Izba harcerska zwana “Marnym Widokiem” mieściła się na ulicy Wielka Pohulanka. Tam
też mieszkał nasz drużynowy, Józef Grzesiak – Czarny. czarny to był jego pseudonim,
z którym przybył do Wilna aż z Krakowa, walcząc z bolszewikami. W tej izbie odbywały
się zbiórki za-stępów raz w tygodniu i drużyny raz w miesiącu. Zastępy w drużynie
były przeważnie cztery. Nasz zastęp – Lisów, składał się z ośmiu chłop-ców z
seminarium nauczycielskiego, inne zastępy organizowane były z uczniów Gimnazjum im. A.
Mickiewicza oraz Szkoły Powszechnej Nr 6 w Wilnie.
Każdy zastęp przez tydzień pełnił służbę w drużynie. Pełniący służbę musiał
zameldować się u drużnowego, który dawał każdemu za-jęcie. Najważniejszym z nich
było sprzątnięcie izby, a następnie roznie-sienie kilku listów. Dyżurny wpisywał
się do książki dyżurów i odnoty-wał, jaką pracę wykonał. Między zastępami był
ogłaszany konkurs o ty-tuł “Zastępu Wyborowego” w drużynie. Wynik konkursu podawano
po zakończeniu roku. Zastęp wyborowy zdobywał proporczyk, który przez cały następny
rok wisiał na honorowym miejscu w “Marnym Widoku”. Ustawione w Izbie meble
puszczańskie przywiezione z poszczególnych obozów stałych dobrze świadczyły o
zdolnościach naszych pionierów i zdobników. Dyplomy, plakiety, totemy zdobiące ściany
wskazywały wysoki poziom osiągnięty w technice harcerskiej, obozownictwie i in-nych
przejawach życia harcerskiego drużyny. Tablica rozkazów była widocznym znakiem bujnego
życia i nieustającego współzawodnictwa o miano “Zastępu Wyborowego”.
Zimą, gdy zastępy pilnie przygotowywały się do zdobywania stopni i sprawności,
biblioteczka nasza, doskonale wyposażona w naj-nowsze książki harcerskie, miała zwykle
duże powodzenie.
Wileńskie klimki zdobiły ściany, pokrywały meble i nadawały re-gionalny charakter
naszej Izbie. Z portretów spoglądały marsowe oczy Marszałka Piłsudskiego, mądre
oblicze księdza Biskupa Bandurskiego oraz rycerska postać patrona drużyny Zawiszy
Czarnego.
“Marny Widok”był świadkiem wszystkich uroczystości w druży-nie. Tutaj włóczędzy
spotykali się z zuchami i młodszymi harcerzami, tu składaliśmy przyrzeczenie i
spędzaliśmy chwile podniosłe, a także i bar-dzo wesołe. Był to rzeczywisty dom
drużyny, gdzie każdy Trzynastak dokładał swoją cząstkę do jego uświetnienia. W ten
sposób “Marny Wi-dok” stał się odzwierciedleniem pracy czarnej Trzynastki, jej
osiągnięć, tradycji, historii i jej ducha.
19 marca każdego roku przychodziliśmy wcześnie rano, aby zło-żyć życzenia
imieninowe swemu drużynowemu, skandując chórem: “My chcemy czarnego!” Wtedy
drużynowy zjawiał się w izbie. Śpiewa-liśmy mu “Sto lat” i składaliśmy życzenia.
Wieczorem zapraszał wszystkich na herbatę. Parę godzin przy herbatce upływało w
miłym i wesołym nastroju. Piosenki harcerskie i ludowe, których znaliśmy sporo,
urozmaicały wieczór poświęcony naszemu crużynowemu.
A oto ważniejsze fragmenty programu rocznego drużyny:
1. 22 stycznia – Rocznica Powstania Styczniowego. Specjalna zbiórka na górze Zamkowej.
2. 17 lutego – Rocznica założenia Czarnej Trzynastki Krakow-skiej. Przyrzeczenie.
3. 4 marca – “Kaziuki”. Stragan drużyny na rynku Łukiskim.
4. 19 marca – Imieniny Czarnego.
5. Marzec – kwiecień. Loteria. Święcone Trzynastki. Zbiegowisko włóczęgów.
6. 3 maj – Udział w defiladzie.
7. Maj – czerwiec – Bieg Trzynastki (harcerski bieg z przeszko-dami).
8. Lipiec – sierpień – Akcja letnia: obozy stałe i wędrowne. Przy-rzeczenie na
trzynastym ognisku.
9. 18 października Rocznica powstania czarnej Trzynastki. Przy-rzeczenie.
10. 2 listopada – Dzień zaduszny. Odwiedzenie grobów Trzyna-staków i porządkowanie
grobów opuszczonych.
11. 29 listopada – Rocznica Powstania Listopadowego. Gra polo-wa.
12. Grudzień – Wigilia drużyny. Żerowisko włóczęgów.
Pierwszy rok nauki w seminarium upłynął pomyślnie. Byłem średnim
uczniem. Język polski, białoruski i niemiecki nie sprawiały mi trudności. Lubiłem
geografię, śpiew i gimnastykę. Najsłabszy byłem w matematyce i historii. Po
zakończeniu nauki szykoaliśmy się do Zlotu Skautów Słowiańskich w Pradze Czeskiej.
W ostatniej dekadzie czerwca 1931 roku odbył się obóz przygo-towawczy do Zlotu w
Janowie pod Katowicami. Obozowało tam około dwóch tysięcy harcerzy z całej Polski.
Przed wyjazdem do Pragi urzą-dzono próbny alarm dla drużyn, które były typowane do
obozu reprezen-tującego poszczególne państwa w parku królewskim. My też
przeżyli-śmy ten alarm i zostaliśmy wytypowani wraz z dwiema drużynami war-szawskimi
do reprezentacji Polski. Obóz w parku królewskim rozbiliśmy szybko, bo wszystko
mieliśmy wcześniej przygotowane włącznie z bra-mą, totemami zastępów i fotelami z
gałęzi sosnowych, które woziliśmy ze sobą na wszystkie stałe obozy.W obozie
otrzymaliśmy jedzenie przy-gotowane przez wojskowych kucharzy. Często dawano nam knedle
oraz bryndzę owczą, która wkrótce zbrzydła, toteż ułożyliśmy piosenkę o tej
potrawie i śpiewaliśmy ją maszerując:
Bryndza, bryndza, bryndza, dza, bryndza dza, bryndza dza
Bryndza, bryndza, bryndza, dza, bryndza dza, bęc!
Ta piosenka miała aż trzy zwrotki, które stanowiły powtórkę pierwszej.
Pewnego dnia nasza drużyna wybrała się na zamek Hradczany do prezydenta Czechosłowacji
Masaryka. Dyżurni do pilnowania obozu po-zostali na miejscu. Nie mając nic lepszego do
roboty, bo moja kolejka na dyżur jeszcze nie nadeszła, wyszedłem na zwiedzanie Pragi.
Po kilkuna-stu minutach spaceru zabłądziłem, więc musiałem podejść do policjanta i
zapytać: Kude wiedie toto ulice? Język czeski jest bardzo podobny do polskiego, więc
bez trudu zrozumiałem wskazówki policjanta i dotarłem szczęśliwie do parku, w którym
obozowaliśmy.
A oto krótkie opinie o naszym obozie, wyrażone przez nasze wła-dze: “ Czarnej
Trzynastce życzę, aby pracą swą przodowała nie tylko drużynom wileńskim, lecz
stała zawsze w szeregu czołowych drużyn polskich. Czuwaj! /-/ A. Olbromski, Naczelnik
Gł. Kw.
Praga 1.7.31r.”
“Drużynie, która na zlocie w Pradze wyróżńiła się karnością – ła-dem i, co
najważniejsze, atmosferą harcerską, w dowód uznania swoje nazwisko wpisuję /-/ Oskar
Żawrocki, Główny Oboźny.
Praga 1.8.31r.”
Na dwóch ogniskach zorganizowanych przez podobóz polski śpiewaliśmy piosenki
harcerskie, a dyrygował jeden ze starszych harce-rzy, posługując się rozżarzoną
głownią. Poznaliśmy na zlocie w Pradze pełnego humoru, dowcipu, starszego harcerza
“Zagłobę” z Poznania, który często nas odwiedzał i urozmaicał obozowe życie
początkujących harcerzy.
Po dwóch tygodniach przybyliśmy pociągiem do Katowic, a na-stępnie rozłożyliśmy
swój obóz stały na Buczu. Pięć namiotów było ustawionych w jednym rzędzie, bo taki
był teren w Beskidach. Tutaj skończyły się dobre czasy. Musieliśmy sami zaopatrywać
się w prowiant i gotować posiłki. Wodę pobieraliśmy z pobliskiej górskiej rzeki
Bryni-cy, pełnej pstrągów i innych ryb. Miejscowi chłopcy łowili je rękami, lecz
żaden z nas, nie posiadając wędki, nie pokusił się o złowienie cho-ciaż jednej
ryby. Poszczególne zastępy wybrały się na dwudniowe wy-cieczki na Górę Baranią i
Babią Górę, z której wypływa Wisła. Na ogni-sko musieliśmy wyszukać odpowiednie
miejsce, które kształtem przy-pominało amfiteatr. Na trzynastym ognisku, licząc i te w
Pradze, ochot-nicy składali przyrzeczenie harcerskie.
Dla słabo wtajemniczonych w życie obozowe, podaję codzienny plan zajęć obozowych:
Godz. 7.00 – pobudka, wynoszenie pościeli i koców do przewie-trzenia i trzepania
Godz. 7.00 – 7.30 – poranna gimnastyka
Godz. 7.30 – 8.00 – słanie łóżek, mycie się w rzece
Godz. 8.00 – 8.15 – wciągnięcie flagi na maszt, odczytanie rozka-zu
Godz. 8.15 – 8.45 – śniadanie
Godz. 8.45 – 12.45 – zajęcia z zakresu pionierki harcerskiej, tere-noznawstwa, gier
terenowych
Godz. 12.45 – 13.00 – kąpiel
Godz. 13.00 – 13.45 – obiad
Godz. 13.45 – 14.15 – cisza poobiednia
Godz. 14.15 – 16.15 – zajęcia indywidualne
Godz. 16.15 – 16.45 – kąpiel
Godz. 16.45 – 17.15 – podwieczorek
Godz. 17.15 – 18.15 – gry sportowe
Godz. 18.15 – 19.15 – mycie się i kolacja
Godz. 19.15 – 21.00 – ognisko (gawęda drużynowego, piosenki harcerskie i ludowe,
pokazy)
Godz. 21.00 – odśpiewanie pieśni: “Idzie noc, słońce już zeszło z pól, zeszło z
gór, zeszło z mórz, w cichym śnie spocznij, już Bóg jest tuż, Bóg jest tuż”. Na
zakończenie “Wszystkie nasze dzienne sprawy przyjm litośnie Boże prawy” kończyły
zajęcia w obozie
Godz. 22.00 – cisza nocna
Po ciszy nocnej obowiązywał całkowity spokój pod namiotami. O ile nie przestrzegał
tego jakiś zastęp, komendant mógł zarządzić cichy alarm, a wtedy niesubordynowany
zastęp wyprowadzany był na ćwicze-nia nocne. Dwa lub trzy razy podczas miesięcznego
obozu stałego ko-mendant zarządzał alarm na wystrzał, alarm na gwizdek lub cichy
alarm.
Podczas alarmu na strzał każdy harcerz musiał natychmiast stanąć na zbiórkę przed
namiotem. Alarm na gwizdek różnił się tym, że trzeba było stanąć przed namiotem w
pełnym ekwipunku. zastęp, który pierw-szy ustawił się na zbiórce, otrzymywał
(przykładowo) 10 pkt, grugi – 7, trzeci – 4, a czwarty – 1punkt. Punkty te były
zaliczane do współzawod-nictwa między zastępami.
Podczas obozu na Buczu byliśmy zapraszani na ogniska harcerek, które miały tam swój
ośrodek szkolenia w pięknie położonym dużym budynku.
Niedaleko Bucza, Główna Kwatrea Harcerzy wykupiła od znanej pisarki Kossak –
Szczuckiej nieduży majątek z budynkami dla fornali. W tym majątku, Górkach Wielkich,
wybudowano szkołę dla instrukto-rów harcerskich, specjalizujących się w problematyce
zuchowej. Inicja-torem założenia tej szkoły był Andrzej Kamiński, znany autor
trylogii zuchowej. trzy książki: “Antek cwaniak”, “Książka Wodza Zuchów” oraz “W
kręgu rady” obejmowały wszystkie zagadnienia, dotyczące pra-cy z uczniami od I do IV
klasy.
Zwiedzaliśmy domy zamieszkałe przez fornali, którzy byli trak-towani przez
prowadzącego majątek tak, jak ludzie ciężko pracujący i zarabiający na chleb
powszedni, a nie siła robocza, którą można pomia-tać i wykorzystywać do ostatnich
granic. Mieszkania dostatnio umeblo-wane odznaczały się schludnością i czystością.
Obóz na Buczu trwał tylko dwa tygodnie ale doliczając do tego obóz przygotowawczy pod
Janowem i w Pradze Czeskiej, w sumie dłu-żej, niż wszystkie obozy stałe organizowane
przez naszą drużynę.
Na pobyt w domu rodzinnym pozostały tylko dwa tygodnie. Spę-dziłem je na pomaganiu w
polu, łowieniu ryb, zbieraniu grzybów w oko-licznych lasach. W popołudniowej porze
grałem w siatkówkę w mia-steczku Worniany. Wieczorami, jak zwykle, zbieraliśmy się na
poga-wędkę na ganku u państwa Lewickich. Bywali tam często dwaj bracia: Romek i Tolek
Stankiewiczowie – krewniacy mojej bratowej Michaliny, Andruszkiewicz – sekretarz Sądu
Pokoju w Wornianach, Ela – moja dawna sympatia, Jadzia – kończąca seminarium
nauczycielskie w Tro-kach i czasami Tadek Jankowski – brat organisty, sympatia naszej
sio-stry jadzi i nauczycielka Dryllowa. Śpiewem kończyliśmy dosyć długie codzienne
posiedzenia, a potem całą gromadą szliśmy do stodoły na sia-no. Tu jeszcze długo
opowiadano kawały, a mnie, harcerzowi, kazano zatkać uszy, abym nie gorszył się.
Podczas wakacji przyjechał do Polski brat Józek i przywiózł mi belgijski rower, na
którym miałem dojeżdżać do seminarium na ulicę Bazyliańską.
Rok szkolny 1931/32 rozpoczął się szczęśliwie, bo już nie potrze-bowałem pokonywać
piechotą pięciokilometrowej odległości. Niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego,
pożegnaliśmy starszego profesora geo-grafii, którego nasz chór szkolny odprowadzał na
cmentarz, śpiewając marsz żałobny:
W mogile ciemnej śpisz na wieki
Więc cię nam żegnać trzeba, łzą pożegnać,
Bo uleciałeś w kraj daleki
Za tobą bracia modły dziś ślą.
Przed Boski tron ślemy modły za tobą,
Wieczny pokój niech ci da,
A że okryłeś nam serca żałobą,
Świadczy o tym łza, ach ta łza.
Żegnając profesora nie spodziewaliśmy się, że również żegnamy się do końca roku
szkolnego z geografią. Dopiero w następnym roku mogliśmy docenić, ile był wart nasz
stary geograf. Z jego opowiadań podczas lekcji dowiedzieliśmy się, jaki szmat świata
zwiedził podczas ferii letnich. Miał on też swoje nawyki, które jeden z nazych
kolegów wykorzystywał do swoich własnych celów, a mianowicie do postawienia przy swoim
nazwisku w notesie profesora malutkiej piątki. Profesor, prowadząc wykład, spacerował
z jednego końca klasy w drugi, pozosta-wiając swój mały notes na stole. Nasz spryciarz
potrafił w tym czasie otworzyć notes i wpisać do niego 5. Zawsze to robił i nigdy nie
został złapany.
Na wiosnę roku 1932 harcerska izba “Marny Widok” została przeniesiona bliżej centrum
miasta, na ulicę Zawalną 16. Pod tym sa-mym numerem znajdowało się prywatne mieszkanie
drużynowego i druga izba 6 Drużyny Harcerek, prowadzonej przez żonę Czarnego, druhnę
Marynę.
W tym roku sprawowałem funkcję inwentarzowego drużyny. Pod moją opieką w ciasnym
pomieszczeniu znalazł się cały sprzęt obozowy ze wszystkimi namiotami oraz narty i
buty narciarskie przeznaczone dla uczestników krótkich obozów narciarskich podczas
ferii zimowych oraz wycieczek.
Wczesną jesienią odbywał się “Marsz Trzynastki”, czyli bieg har-cerski z
przeszkodami. W biegu tym brały udział wszystkie zastępy. Trasa prowadziła w Góry
Ponarskie, a rozpoczynała się za miastem. Po patrolowych znakach harcerskich musieliśmy
odnaleźć kierunek i wszystkie listy, w których podawane były instrukcje, bardzo
często za-szyfrowane, dotyczące dalszego kierunku marszu. Na trasie należało po-konać
szereg przeszkód takich, jak: strzelanie do celu, ratowanie topiel-ca, zaprzęganie konia
do wozu, sygnalizacja alfabetem Semafora lub Morse’a, sporządzanie noszy do
przeniesienia chorego, itp. zastępy były wypuszcane w trasę co 15 minut. Zastęp,
który pokonał trasę w czasie najkrótszym, zdobywał I miejsce i odpowiednią ilość
punktów do punk-tacji całorocznej. Najczęściej pierwszy był mój zastęp, “Chytre
Lisy”.
Zimą choinkę Bożonarodzeniową urządzaliśmy w lesie. Odpo-wiednio ubrani nieśliśmy
ze sobą świeczki ze steryny ze specjalnymi uchwytami. Po zawieszeniu świeczek na żywej
choince i ich zapaleniu, śpiewaliśmy kolędy. Podczas śpiewania zjawiał się
niespodziewanie Mikołaj z pełnym workiem prezentów i wręczał kolejno każdemu
odpo-wiedni – symbolizujący pewne wady lub zalety danego harcerza. Przy-pominam sobie,
że mnie wręczył Mikołaj dwa małe słonie i do tego krótki tekst: “Złączcie się
słonięta tu i tam, a będzie dobrze wam.” Ten tekst zapamiętałem na całe życie, a
wynikł on z tego, że podczas dyżuru nie doręczyłem listu pod wskazany adres. Czarny
to zapamiętał i skryty-kował po harcersku przy choince. Obdarowani przez Mikołaja,
nucili-śmy jeszcze kilka piosenek harcerskich, zbieraliśmy świeczki z choinki i
wracaliśmy do miasta pełni wrażeń.
22 stycznia, w rocznicę wybuchu powstania w 1863 roku, cała drużyna zebrała się o
godzinie 17.00 pod górą Zamkową. W poważnym nastroju weszliśmy szeroką ścieżką na
sam szczyt, gdzie stała częściowo zrujnowana baszta Gedymina. U stóp tej baszty,
zebrani w dwuszeregu, wysłuchaliśmy krótkiej gawędy Czarnego na temat powstania ,
czcząc pamięć poległych minutową ciszą, po czym przy bramie rozeszliśmy się do
swoich domów. Miałem do pokonania jeszcze 4,5 km na piechotę.
W tym roku brat legionista mieszkał trochę bliżej swego pułku, gdyż wynajęte
mieszkanie znajdowało się naprzeciwko drewnianego mostu przez Wilię, który musiał
przekraczać, aby dostać się do 1 Pułku Legionów.
Przez całą zimę do seminarium chodziłem pieszo. Brat Józek przysłał mi z Belgii 60
zł. Za mieszkanie i utrzymanie płaciłem 45 zł. Resztę miałem do własnej dyspozycji
– na reperację butów, zakup ze-szytów, opłacenie składki w drużynie (1 zł
miesięcznie), bilety do kina i na wieczornice harcerskie. Czasami udawało mi się
zaoszczędzić kilka złotych na bilet autobusowy.
17 lutego, w rocznicę założenia Czarnej Trzynastki Krakoskiej odbywała się uroczysta
zbiórka, podczas której ochotnicy, czyli kandy-daci na harcerzy, składali przyrzeczenie
harcerskie tej treści: “Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i
Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym prawu harcerskiemu”. Po
złożeniu przyrzeczenia drużynowy Grzesiek Czarny przypinał krzyż harcerski, a ojciec
chrzestny zakładał chustę harcerską koloru czarnego. Zebrani śpiewali hymn drużyny
na melodię “Marsylianki Francuskiej”. Słowa tego hymnu każdy składający
przyrzeczenie musiał znać na pamięć.
Hymn Trzynastki
Choć dla innych trzynastka złowroga
I z wielkim lękiem wszyscy przed nią drżą
My ją kochamy, tę liczbę drogą
Bo w niej kochamy drużynę swą.
Niech o trzynastce wkoło pieśń rozbrzmiewa
Trzynastkami czujemy się wgłąb serc
W lilii zdobni kwiat
Przebojem pójdziem w świat
Hej w świat, hej w świat szeroki, świat
Trzynastak pójdzie chwat.
W czyny wspólnie jesteśmy wprzągnięci
A z piersi naszych jeden skalny złom
Jednym duchem do głębi przejęci
Przetrwamy burze i każdy grom
Na służbie prawdy wartę wciąż pełnimy
I w imię dobra życie płynie nam
Gdzie prawdy ujrzym znak
Tam drogi naszej szlak
Hej szlak, hej szlak, jedyny szlak
Gdzie prawdy ujrzym znak.
Autor pierwszej zwrotki to St. Stanek z Trzynastki Krakowskiej, a drugiej zwrotki –
Antoni Wasilewski z Trzynastki Wileńskiej.
4 marca tradycyjny kiermasz na Kaziuka organizowany przez na-szą drużynę i 6 Drużynę
Harcerek odbył się na rynku Łukiskim. Pogoda sprzyjała, więc i utarg był odpowiedni.
Przybyło trochę pieniędzy na or-ganizację letnich obozów.
Na Wielkanoc odwiedziłem rodziców. Choć gospodarowali jak zwykle w systemie
trójpolowym, nie przelewało im się. Zakupili nawet młockarnię poruszaną kieratem i
nie potrzebowali już młócić zboża ce-pem. Wożenie poczty na stację skończyło
się. Trudno było utrzymać i wyżywić 9 osób. Franek był zastępcą wójta w gminie
lecz wkrótce i do-chody urwały się, gdyż za niedozwolone dochody podano go do sądu i
otrzymał 1,5 roku więzienia. Ojciec wpadł w nałóg pijaństwa. Lubił to-warzystwo,
nigdy nie pił sam. Zaczął wynosić z domu pokryjomu wszystko, co nadawało się do
spieniężenia. Janek, najmłodszy, umiał gospodarować lecz tracił chęć do pracy i
często wysyłał matkę na cmen-tarz, a sam brał łopatę i szedł zarabiać przy
budowie drogi.
Święta Wielkanocne nie były w tych warunkach wesołe, ale babki z mąki pszennej,
którą należało kupić u Żyda, smakowały nam jak za dawnych czasów. Innych ciast nie
pieczono jeszcze, chociaż we wsi istaniało koło gospodyń wiejskich, do którego
wstępowały starsze dziewczęta, aby się nauczyć gotowania i pieczenia ciast. Starsza
siostra, Jadzia, kończyła naukę w Seminarium Nauczycielskim w Trokach, aby następnie
otrzymać posadę nauczycielską gdzieś na zapadłej wileńskiej wsi. A zbliżał się
ciężki okres, bowiem początkujących nauczycieli obowiązywał bezpłatny rok nauki w
szkole powszechnej.
Po powrocie do Wilna nie potrzebowałem przemierzać pięcioki-lometrowej odległości
piechotą, bo miałem do dyspozycji belgijski ro-wer, który koledzy nazwali kozą (ze
względu na kierownicę). Spacer-kiem pokonywałem odległość dzielącą mnie od
szkoły, tylko szybciej musiałem kręcić mijając policjanta, aby mnie nie zdążył
chwycić za sio-dełko i sprawdzić, czy wniosłem opłatę w wysokości 3 zł za cały
rok. Przyznam, że przeważnie jeździłem bez zaświadczenia.
Wyjeżdżając z Nowej Wsi otrzymałem paczkę od pani Lewickiej, żony felczera, aby ją
doręczyć synowi Alojzemu,, który po ukończeniu szkoły technicznej mieszkał w Wilnie
przy ulicy Zamkowej. Oddając mu paczkę, zauważyłem na ścianie portret Miss Polonii,
Tatiany Masło-wej sprzed dwóch lat. U dołu portretu widoczny był wycinek z gazety
wileńskiej “Słowo” z tekstem następującej treści: “Tatiana Masłowa po-ślubiła
majora ......”. Zapytałem mego starszego kolegę, dlaczego tak się stało, a on na to:
“Cóż ja jej mogłem dać jako początkujący technik?” Major to dopiero odpowiedni
kandydat na męża!
Wiosna zbliżała się szybkimi krokami do końca. Rozpoczynały się wycieczki i biwaki w
lasach dookoła Wilna. Poznałem nową sympa-tię, Lalkę, harcerkę z 6 Drużyny
Harcerek, której izba sąsiadowała z na-szym “Marnym Widokiem”. Wybierałem się z
nią czasami do kina lub teatru. Nigdy nie pozwoliła, abym kupował dla niej bilet.
Zawsze dawała mi złotówkę, z której pozostawała reszta na drugi bilet.
Rok szkolny kończył się zwykle 24 czerwca. W lipcu jako repre-zentacyjna drużyna
Polski mieliśmy wziąć udział w Zlocie Skautów Es-tońskich. Przed wyjazdem trzeba
było przygotować aż trzy tańce na wy-stęp w Estonii. Nie mieliśmy do tańca
partnerek, toteż sześciu z nas, najmłodszych, musiało przebrać się w stroje
krakowianek i udawać dziewczynki. Aż tydzień czasu poświęciliśmy na próby
krakowiaka, tro-jaka i mazura. Starsze harcerki z 6 drużyny dzielnie się spisały i
wyszko-liły nas odpowiednio. Stroje na wyjazd wypożyczone były z teatru. Po-ciągiem
przez Rygę, Tallin dotarliśmy do Parnu nad zatoką Ryską. Tu rozbiliśmy obóz obok
obozów skautów łotewskich, litewskich, szwedz-kich i estońskich, których było
najwięcej.
Jak zwykle pod namiotami ustawiliśmy prycze z naciągniętą siat-ką, a na niej
ułożyliśmy sienniki ze słomą. Z prawej i lewej strony od wejścia do namiotu
znalazły się stojaki na plecaki, ciupagi, menażki, a w środku przy maszcie namiotowym
prowizoryczny stolik sosnowy. W ciągu jednego dnia zdołaliśmy uwinąć się z
postawieniem namiotów, a było ich pięć, urządzeniem kuchni huculskij, wykopaniem
dołu na od-padki, wkopaniem masztu w środku obozu i urządzeniem latryny z dala od
niego.
Następnego dnia rozpoczęło się normalne życie obozowe. W żywność zaopatrywał nas
główny kwatermistrz obozowy, a musieliśmy z tego przygotować cztery posiłki:
śniadanie, obiad, podwieczorek i ko-lację. Dawano nam dużo rabarbaru, a ponieważ nie
wszyscy go lubili, część z tego wędrowała do śmietnika. Do najbardziej ulubionych
zajęć należały gry terenowe, kąpiel w Bałtyku, odwiedzanie innych obozów, gra w
siatkówkę oraz wspólne ogniska organizowane dla wszystkich skautów na zlocie.
Któregoś wieczora zawieziono nasz zespół taneczny motorówką na wielki bal
doborczynny do Tallina. Tam w sali restauracyjnej, na ka-żym stoliku stały wazy
napełnione ugotowanymi rakami. Najpierw za-tańczyliśmy trojaka w takt melodii zagranej
przez naszego harmonistę, a potem krakowiaka i mazura. Oklaskiwano nas długo, a jeden z
uczestni-ków balu podszedł i pocałował mnie w policzek sądząc, że jestem
dziewczynką.
Po sutym poczęstunku, tą samą motorówką, po wzburzonym mo-rzu zostaliśmy odwiezieni
do obozu. Było już po północy.
Na obozie odwiedził nas prezydent Estonii, z którym zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie.
Często rozgrywaliśmy mecze siatkówki pomiędzy Łotwą a Pol-ską. Skauci łotewscy
byli od nas słabsi, toteż zawsze z nimi wygrywali-śmy. Gorzej wypadaliśmy z
Estończykami, którzy mieli w swojej druży-nie mistrza Europy, więc nie mogliśmy ich
pokonać.
Pewnego dnia w ramach odwiedzin obozów poszczególnych państw, udaliśmy się do
Litwinów. I tu spotkała nas niezbyt miła nie-spodzianka. W najbardziej rzucającym się
w oczy miejscu ujrzeliśmy budowlę przypominającą basztę Gedymina, znajdującą się
na Górze Zamkowej w Wilnie. Na baszcie zatknięto chorąfiewkę litewską. Nasz
drużynowy uznał to za prowokację antypolską i zażądał od kierownictwa zlotu
usunięcia chorągiewki litewskiej z baszty. Nie uczyniono tego jed-nak, dlatego
drużynowy na znak protestu postanowił opuścić z drużyną obóz w Parnu.
Całą drużyną ustawiliśmy się do obozu szwedzkiego, aby poże-gnać skautów ze
Szwecji. Kiedy pastor protestancki Harry, odwiedzają-cy nas często i lubiany przez nas,
dowiedział się o naszej decyzji, krzyk-nął do swoich podopiecznych: “Nie
pojedziecie!” i rozkazał, aby nas wszystkich zanieść na ramionach do polskiego obozu.
Zanim obejrzeli-śmy się, wszystkich nas przeniesiono na miejsce.
Nie chcąc robić zawodu Szwedom, Czarny – nasz komendant, po-stanowił zostać do
zakończenia zlotu. Kiedy odjeżdżaliśmy, na dworcu kolejowym w Parnu spotkała nas ze
strony Litwinów nowa prowokacja. Tym razem Litwini zawiesili na dworcu mapę, na której
Wilno znajdo-wało się w granicach Litwy. Nasz drużynowy wyciągnął z mapnika czerwony
ołówek, narysował nową granicę, przekreślił Litwa i napisał Polska.
“Kochani Druhowie! Z prawdziwą dumą i radością spoglądałem na Was, gdyście
dzielnie reprezentowali Harcerstwo Polskie. Życzę Wam z całego serca, byście zawsze
tak dzielnie postępowali i reprezen-towali Najjaśniejszą Rzeczypospolitą. W pracy dla
dobra Ojczyzny i Harcerstwa życzę Wam Kochani Trzynastacy jak najlepszych rezulta-tów.
Czuwajcie! Parnu 20.VII.32r., na zlocie Skautów Estońskich – Ignacy Wołkowicz, hm
Komisarz Międzynarodowy Z.H.P.”
Na zlocie nauczyliśmy się hymnu estońskiego. Jeszcze dziś potra-fię go zaśpiewać.
Zaczynał się od słów: “Muizama muel jarem kuj kau-nis oleksa”.
Rok szkolny 1932/33 przyniósł zmiany w obsadzie profesorskiej. Został zatrudniony nowy
profesor historii, Krawiec oraz geografii i bio-logii, starszy pan ze Zduńskiej Woli,
którego nazwisko wyleciało mi z pamięci, natomiast jego metodę nauki zapamiętałem na
zawsze, gdyż dała się nam wszystkim we znaki. Jak ta metoda pracy pod jego kierun-kiem
wyglądała? Rozpoczynając lekcję polecał otworzyć podręczniki do geografii i
wyuczyć się na pamięć tekstu do pewnego wyznaczonego miejsca. Odpytując, wymagał
bezbłędnego powtórzenia całego tekstu. Kiedy uczeń popełnił błąd, przerywał i
mówił: “Siopkaj (siadaj) synu. 2!” W ciągu kilkunastu minut potrafił postawić z
dziesięć, a nawet wię-cej dwój. Miał swego ulubionego pieska i kanarka w klatce.
Jeśli piesek przypadkowo zginął, wszyscy z kursu otrzymywali dwóje i taki sam los
czekał ich, gdy myszy zjadły kanarka. Z lekcjami biologii było podob-nie, jak z
geografii. Tu dochodziły jeszcze wykresy dotyczące poszcze-gólnych gadów, płazów
oraz gatunków roślin i owadów. Sypały się dwóje jak z rękawa, o ile uczeń nie
potrafił wyrecytować wszystkiego na pamięć. Pierwszą dwójkę otrzymałem na trzecim
kursie z biologii. Kie-dy zapytałem profesora dlaczego postawił mi dwóję,
odpowie-dział:“Uczeń jest od tego, żeby dwóje otrzymywać, a profesor, żeby
stawiać. Nie podoba się dwója z biologii? To na półrocze otrzymasz trójkę,
natomiast dwóję dostaniesz z geografii”. I rzeczywiście na świa-dectwie półrocznym
figurowała dwója z geografii.
Pewnego dnia nasz profesor dowiedział się, że nazajutrz ma przy-być do naszego
seminarium wizytatorka. Obawiając się bardzo o nieko-rzystny wynik wizytacji, zebrał
wszystkich chłopców z internatu i prze-prowadził z nimi lekcję na temat przewidziany
na następny dzień.
Gabinet geograficzny mieścił się w innej części bloku należącego do seminarium, z
osobnym wejściem i balkonem od podwórza. Na tym balkonie profesor wystawił wartownika,
który miał donieść o zbliżaniu się wizytatorki odbywającej wizytację w obecności
dyrektora semina-rium. Na znak dany przez wartownika, wszyscy z niecierpliwością
cze-kali na wizytatorkę. Po jej przybyciu rozpoczęła się lekcja. ytania były
kierowane tylko do uczniów mieszkających w internacie. Odpowiadali poprawnie, bo
wcześniej zostali dobrze przygotowani przez profesora. Reszta uczniów mieszkająca poza
internatem, nie brała czynnego udzia-łu w lekcji. Po udanej wizytacji stosunek profesora
do nas trochę się po-prawił, jednak mimo to jednego z nas postanowił zostawić na
drugi rok na trzecim kursie. Podczas ostatniej lekcji Włodek Klonowski poprosił mnie o
finkę, bo byłem w mundurze harcerskim. Podałem mu finkę, wtedy on wstał i
zapytał:“Dlaczego pan profesor zostawił mnie na drugi rok?” Profesor odpowiedział:
“Siopkaj synu!” Wtedy cały kurs zrobił potężną wrzawę. Profesor w obawie przed
zlinczowaniem, chwycił dziennik i wybiegł z klasy.
Cóż ciekawego zdarzyło się jeszcze podczas tego roku? W okresie ferii zimowych
kombinowanym zastępem wybraliśmy się na pięcio-dniowy zimowy rajd narciarski, w ciągu
którego pokonaliśmy odległość 60 km. Na pierwszym postoju w Miekunach, znanych nam od
dawna ze stałych obozów organizowanych tu niejednokrotnie, wypiliśmy u wła-ściciela
majątku aż dwa samowary smacznej herbaty, zanim udaliśmy się na spoczynek do izby
wymoszczonej pachnącym sianem.
Nazajutrz, po śniadaniu ruszyliśmy na wyznaczoną trasę. teren był przeważnie
płaski. dzienny odcinek wyznaczony do pokonania prze-bywaliśmy w niezbyt szybkim tempie,
ponieważ dźwigaliśmy ciężkie plecaki z żywnością, pościelą, dwoma kociołkami do
gotowania i me-nażkami.
Na drugie śniadanie kwatermistrz wydawał po 20 cm suchej li-tewskiej kiełbasy oraz
pajdę chleba. Nasz nadworny sanitariusz, którym był Sylwanowicz Czesiek, student
medycyny, po otrzymaniu swojej porcji zdzierał skórę z kiełbasy, zjadał ją, a potem
mówił:“To niehigie-nicznie zjadać kiełbasę ze skórką”.
Na obiad zatrzymaliśmy się po wsiach i korzystaliśmy z gościn-ności gospodarzy,
którzy udostępniali nam swoją kuchnię. Po obiedzie szykowaliśmy posłanie na słomie
i odpoczywaliśmy przez godzinę. Wieczorem, przy kominku śpiewaliśmy piosenki
harcerskie i ludowe, starając się umilić nasz pobyt gospodarzom oraz młodzieży z
sąsiednich domów. I słuchaliśmy wileńskich pogaduszek, które umiał świetnie
wy-głaszać Czesiek, nasz łapiduch. Późnym wieczorem rozlegało się chra-panie
zmęczonych całodzienną wędrówką harcerzy.
Trzeci i następne dni przebiegały podobnie, lecz ostatni z powodu odwilży umęczył nas
niemiłosiernie. Nie pomagały żadne smary ani ste-aryna. Śnieg przylepiał się do
nart. Posuwaliśmy się w ślimaczym tem-pie. Wreszcie dobrnęliśmy do Wilna. I tu Antoni
Barzdo przekraczając chodnik, złamał nartę i musiał biedak piechotą dojść na
ulicę Zawalną. Całe szczęście, że to były jego własne narty, więc drużyna nie
poniosła żadnej straty.
Zimą na naszym dużym podwórku wylewano lodowisko. Korzy-stałem z tego, bo miałem
łyżwy po bracie Józku. Od czasu do czasu chodziłem na lodowisko w parku szkolnym,
rzadko, bo możliwość prze-bywania tam była ograniczona opłatą wynoszącą 30 gr.
W parku korty tenisowe służyły do jazdy ogólnej. Bieżnia prze-znaczona była do jazdy
szybkiej, boiska siatkówki do jazdy figurowej, a boiska kosykówki do gry w hokeja. Moim
marzeniem była jazda na łyżwach z butami, lecz nie spełniło się ono podczas nauki w
seminarium. Moja obecna sympatia, Lalka, często chodziła na lodowisko do Bernar-dynki
(tak nazywano obiekt sportowy), a usłużńi koledzy donosili, że jeździ tam z jakimś
Adamem. Uwierzyłem w to dopiero wtedy, kiedy osobiście stwierdziłem, że stanowią oni
nierozłączną parę. Z tego powo-du nasze stosunki stały się bardzo oziębłe i
czasami musiałem udawać, że interesuje mnie jakaś inna harcerka z tej samej drużyny.
Skończyła się zima, a wiosną znowu chodziliśmy ze sobą do kina, a nawet do lasu na
dłuższe wycieczki.
Na trzecim kursie doszło dodatkowe zajęcie – nauka gry na skrzypcach. Po półrocznej
nauce zostałem zapisany do smyczkowej or-kiestry, prowadzonej przez profesora Dziwiłła,
który po ukończeniu konserwatorium w Katowicach został zatrudniony w naszym semina-rium
(w roku szkolnym 1930/31), jako nauczyciel śpiewu i muzyki.
Rok szkolny zbliżał się do końca. Zajęcia w drużynie przebiegały według ustalonego
planu. Nadchodził najważniejszy okres pracy w dru-żynie, czyli miesięczny obóz stały
oraz dwutygodniowy obóz wędrow-ny. Obóz stały został zorganizowany nad jeziorem
Szwakszta w odległo-ści kilku kilometrów od jeziora Narocz, największego jeziora w
polsce. Miałem już stopień wywiadowcy, mogłem więc nosić krzyż harcerski ze
srebrną lilijką w środku.
Na tym obozie otrzymałem kartę do zdobywania stopnia ćwika. W pięknie położonym
sosnowym lesie po rozbiciu namiotów, wykopa-niu latryn, urządzeniu kuchni, postawieniu
obozowych pryczy, zmonto-waniu stojaków na plecaki, menażki i ciupagi oraz ustawieniu
bramy i masztu na chorągiew, rozpoczęliśmy obozowe życie. W niedziele lub inne
święta przyjeżdżali rodzice do swoich pociech. Pewnej niedzieli Czarny, komendant
obozu, wysłał mnie na stację, abym przyprowadził przybywających na obóz rodziców.
Nie wiedziałem dokładnie, gdzie znajduje się przystanek kolejowy, więc idąc wzdłuż
torów nie trafiłem na właściwy. Pociąg zatrzymał się, lecz nikt z niego nie
wysiadł. Przy-szedłem do obozu sam, bez gości i zameldowałem, że rodzice nie
przy-jechali. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po upływie kilku minut przybyło parę
osób. Drużynowy kazał mi oddać kartę próby na ćwika. W pierwszej chwili sądziłem,
że ją porwie, lecz tak się nie stał. Schował ją do kieszeni i oddał dopiero po
kilku dniach, kiedy złość minęła, a ja przeżyłem czas niepewności.
Na obozie mieliśmy pięć kajaków. Pływaliśmy zastępami do wsi położonych po
drugiej stronie jeziora. Pomagaliśmy ludności podczas żniw lub innych prac polowych.
Wieśniacy przybywali do nas w nie-dziele, aby wziąć udział w ogniskach organizowanych
przez nasz obóz.
Podczas obozu stałego dwa dni przeznaczone były na wycieczki. Każdy zastęp miał
wytyczoną wg mapy “sztabówki” trasę i zadania do wykonania. najważniejsze jednak,
oprócz wywiadów, były dobre uczyn-ki, za które zastęp otrzymywał odpowiednią oceną
liczoną do współza-wodnictwa obozowego.
Po wakacjach roku szkolnego 1932/33 Józek wrócił z Belgii i pracował przez parę
miesięcy w Lidzie, gdzie poznał dziewczynę, z któ-rą ożenił się w październiku.
Byłem na jego weselu. Ślub odbył się w kościele przy placu Elizy Orzeszkowej w
Wilnie. Zjawiła się na nim i ciotka Antonina z wielkim żalem do Jóżka, że nikogo z
rodziny (oprócz mnie) na swoje wesele nie zaprosił. Skromna uczta weselna odbyła się w
rodzinie małżonki. Pamiętam, że występowałem na przyjęciu w dreli-chowym mundurze
przysposobienia wojskowego.
Rok 1933/34 przyniósł w szkole poważne zmiany dotyczące przedmiotów. Zakończyła
się większość ogólnokształcących: geografia, historia, biologia i nauka o Polsce
współczesnej. Doszły nowe: pedago-gika z psychologią, nauką o dziecku, historią
wychowania oraz praktyka pedagogiczna. Przy seminarium istniała szkoła ćwiczeń. Była
to 7–klasowa szkoła powszechna, do której całym kursem chodziliśmy na ho-spitacje.
Później prowadziliśmy lekcje praktyczne omawiając je z profe-sorką prowadzącą
praktykę pedagogiczną. Przyznam, że nie lubiłem prowadzić lekcji w obecności tylu
kolegów, wychowawcy klasy oraz na-szej profesorki. Zdarzało się też, że na praktykę
wybieraliśmy się do szkół położonych poza miastem. Bardzo lubiłem oglądać lekcje
prowa-dzone w szkole ćwiczeń przez naszego profesora rysunków – artystę ma-larza
Wierusza Kowalskiego. Wtedy to można było podziwiać jego kunszt i sposób prowadzenia
zajęć z dziećmi. Sam nie miałem zdolności do rysunków, toteż moje oceny z tego
przedmiotu nigdy nie były wyższe od trójki.
W tym roku szkolnym nastąpiła zmiana na stanowisku nauczycie-la języka białoruskiego.
Został nim “Dziamoń”, bo tak go nazwaliśmy. Nazwisko jego całkiem wyleciało mi z
pamięci. Zaczął z nami przygo-towywać widowisko na święto Kupały, które miało
odbyć się pod górą Trzykrzyską nad rzeką Wileńską, gdzie mieliśmy tańczyć
“Lawonichę” z dziewczętami z gimnazjum białoruskiego. Z tej imprezy zapamiętałem
tylko, że skakaliśmy wieczorem przez ognisko, a potem tańczyliśmy “Lawonichę”,
słowa jej były następujące”
Oj Lawonichu Lawon palubił
Lawonicze czerawiczki kupił
Lawonicha dusza łaskawaja
czerawiczkami palaskiwała
Oj Lawonicha nia żonka była
Niamytuju mnie kaszułku dała
Nia mytuju nie kaczanaju
U sasida pażycznaju
A czamuż ciabie piarun nie zabił
Jak ja ciabie maładuju palubił.
Zimą zapisałem się na kurs jazdy figurowej na łyżwach i zdoła-łem
zdobyć odznakę jazdy figurowej II stopnia. I stopień był o wiele trudniejszy, toteż
zezygnowałem ze zdobywania go na przykręcanych “na płaścinki” łyżwach.
Życie w drużynie przebiegało normalnym trybem. Uczęszczanie na zbiórki nie wymagało
tyle wysiłku, gdyż zamieszkałem w internacie mieszczącym się przy ulicy
Bazyliańskiej naprzeciw Ostrej Bramy. Więcej czasu mogłem poświęcić na rozrywki,
zajęcia pozalekcyjne ta-kie, jak: chór szkolny, gra na skrzypcach, w orkiestrze, udział
w grach sportowych – siatkówce i koszykówce. Drużyna siatkówki i koszykówki naszego
seminarium zawsze była w czołówce szkół średnich miasta Wilna. Osobiście nie
brałem udziału w zawodach międzyszkolnych, ale często organizowaliśmy zawody
towarzyskie w koszykówce pomiędzy reprezentacją naszego kursu a II lub III klasą
Gimnazjum Zygmunta Au-gusta w Wilnie. Najczęściej te spotkania roztrzygaliśmy na swoją
ko-rzyść, mając w reprezentacji kursu znanego w całym Wilnie biegacza Hermana, który
grał świetnie w koszykówkę. Z tym Hermanem szkoła miała duże kłopoty. Uczniom w
tych czasach nie wolno było startować w sportowych klubach pozaszkolnych, a on do
takiego klubu należał. Kiedy o jego sukcesach pisano w gazetach, występował pod
pseudoni-mem “Holender”. Pseudonim ten był jednak znany naszym profesorom, a
szczególnie matematykom. Biedak, przez sport, który go całkowicie pochłonął,
siedział dwa lata na jednym kursie.
Drugim kolegą, który pozostał na drugi rok, był bardzo zdolny polonista,
Marcinkiewicz, a jego zainteresowania sportem polegały na czytaniu czasopism związanych
ze sportem. Tak się nimi pasjonował, że nawet podczas lekcji czytał je po kryjomu.
Mieliśmy też na naszym kur-sie zdolnego chłopaka, który układał na poczekaniu
pogaduszki wileń-skie na rozmaite tematy podobne do tych, które co tydzień wygłaszała
ciotka Albinowa w radiu wileńskim. Ten chłopak o nazwisku Gulbino-wicz bardzo lubił
wagarować i usprawiedliwienia swojej nieobecności nie mógł przynieść do szkoły.
Pewnego dnia zginął dziennik lekcyjny. Poszukiwania zguby nie dawały żadnego
rezultatu. jeden z profesorów, wiedząc doskonale, ile lekcji opuścił wspomniany
kolega, przycisnął go, jak to się mówi, “do muru” i wymógł przyznanie się do
winy. Nazajutrz dziennik znalazł się, tylko był bez okładek.
Niepoprawny wagarowicz początkowo przetrzymywał go w pie-cu, a następnie wyniósł i
zakopał na Rowach Sapieżyńskich, tak się na-zywała dzielnica Wilna, którą
kilkakrotnie odwiedzałem ze swoją sym-patią Lalką.
Chłopak nie został wyrzucony ze szkoły, otrzymał tylko nieod-powiednią ocenę ze
sprawowania. Seminarium ukończył w normalnym terminie pięcioletnim.
Moja siostra Jadzia została nauczycielką we wsi Kierdziejowce, 30 km od Wilna, bez
odbywania bezpłatnej rocznej praktyki nauczyciel-skiej.
Na święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc przyjeżdżała do Wilna z zapasem zarobionych
pieniędzy, kupowała sporo łaszków kobiecych, wykorzystując mnie jako tragarza.
Otrzymywałem za to krawat lub inną część garderoby i parę złotych na kino lub
teatr.
Lubiłem bardzo oglądać pełne humoru operetki z pięknymi melo-diami i aktorkami.
Bilety na operetkę były dosyć drogie, lecz z tym ra-dziliśmy sobie doskonale. Kupując
bilety na jaskółkę za 25 gr (miejsce stojące) najczęściej mogliśmy siedzieć na
balkonie w pierwszych rzę-dach, bo tam, o ile operetka była grana przez szereg tygodni,
były wolne miejsca. Do teatru dramatycznego na Pohulance na przedstawienia dla
młodzieży po cenach ulgowych, uczęszcaliśmy grupowo ze szkołą. Ze znanych aktorów
teatru na Pohulance zapamiętałem tylko Zelwerowicza i Wołejkę, a z teatru operetkowego
Wyrwicza – Wichrowskiego. Na operetki chodziłem czasa